Guagua i warkocze z Teneryfy


20/04/2016

Kanary nie są po prostu odpryskiem Hiszpanii na środku oceanu. Kiedy spytacie Kanaryjczyka o autobus, oczywiście zrozumie, ale sam ma własne określenie tego pojazdu – guagua. Przystanki autobusowe oficjalnie nazywają się estaciones de guagua. Nic dziwnego, że i szczepy mają tam dziwne nazwy, a winorośl nie rośnie w zwykły sposób.

Jeśli spędzacie wakacje na południu Teneryfy, zieloną guaguą (prawie wszystkie guagy są zielone) dojedziecie aż do Santa Cruz. Nie objedziecie nią za to całej wyspy. Do tego służą klimatyzowane autokary z wykwalifikowanym przewodnikiem.

Jednym z żelaznych punktów takich autokarowych wycieczek jest Icod de los Vinos. Przy głównym placu rośnie tam słynna dracena zwana smoczym drzewem. Miejscowe sklepiki z alkoholami oferują tzw. degustacje win, w których naczelne miejsce przypada likierom, a przede wszystkim tzw. likierowi ze smoczego drzewa. Całe szczęście, że oprócz nich można spróbować także półsłodkich malvasii w charakterystycznych smukłych butelkach. Mało kto zwraca sobie głowę tym, skąd pochodzą, a już zupełnie nikt nie rozpływa się nad faktem, że właśnie znajduje się na terytorium apelacji Ycoden-Daute-Isora.

Takich mało znanych apelacji jest na tej niewielkiej wyspie aż pięć. Zaledwie 25 km na wschód od Icod leży La Orotava, jedno z najładniejszych miast na Teneryfie i wcale nie oczywisty punkt postoju dla autokarowych objazdówek (podobnie jak np. piękne Benijo leżące na uboczu głównych szlaków). Miasto dało początek nazwie innej apelacji – Valle de La Orotava. Robi się tam m.in. wina z mało znanych szczepów lokalnych takich jak białe vijariego, lub czerwony negramoll. Oprócz nich uprawia się też szczepy, które, zupełnie jak guagua, endemiczną mają jedynie nazwę.

Tak jest np. z listán blanco, jedną z najpopularniejszych na Kanarach odmian, będącą w rzeczywistości niczym innym, jak, za przeproszeniem, palomino. Palomino kojarzą z pewnością fani sherry i Ribeiro. Nie należy do szczepów, które powodują szybsze bicie serca, ale na Teneryfie ma przynajmniej ciekawą historię – podobno trafiła tam już przed pięcioma wiekami za sprawą konkwistadorów.

Butikowy producent Tajinaste robi z niej wino o nieskomplikowanej nazwie Blanco Seco 2014. Nietknięte filokserą krzewy mają sto lat i są prowadzone jedynym w swoim rodzaju systemem, zwanym múltiple trenzado, w którym splatają się w rodzaj warkocza. Taki warkocz rośnie sobie pionowo ponad ziemią, robiąc miejsce na inne płody rolne. Winiarz może sobie spokojnie sadzić pod pod nim chośby ziemniaki, z których zrobi później później papas arrugadas.

Nie co dzień trafia się takie wino. Nie co dzień też spotyka się mieszankę aromatów róży, liczi, ananasów i ziół. W ustach melodia jest jakby bardziej znajoma: cytrusy, niezła kwasowość, koncentracja i przydająca pikanterii beczka. Ciekawe wino, choć jego historia jest z pewnością ciekawsza.

Warto z pewnością drążyć temat i próbować win z Kanarów, choćby przez wzgląd na ich niepowtarzalny styl. Dlatego, kiedy już wylądujecie na Teneryfie i zmęczycie się paroma dniami opalania w Playa de las Américas, zobaczycie Mascę i wjedziecie na El Teide, pojedźcie koniecznie na północną stronę wyspy. Siądźcie sobie wygodnie na jakimś placyku w La Orotavie, zamówcie lokalne wino, a do niego ośmiornicę z mojo i ziemniakami.

Aha, tajinaste to słynny kwiat, który rośnie na szczycie El Teide. Ten akurat faktycznie jest endemitem, a jego polska nazwa – żmijowiec rubinowy – musi brzmieć dla Kanaryjczyka co najmniej tak dziwnie jak dla dla nas “guagua”.

Wino kupiłem w sklepie El Catador (59 zł).

Tagi: , , , , ,