Stary tokaj i początek mojej przygody z winem


18/06/2015

Pamiętacie zaćmienie słońca w 1999 r.? Razem z Pawłem popedałowaliśmy wtedy nad Balaton. Wrócił z nami stary tokaj, który czekał na otwarcie 16 lat.

Paweł był moim kumplem z licealnej ławki. Po skończeniu trzeciej klasy wpadł do mnie pewnego letniego dnia. Gapiliśmy się w wspólnie na dużą mapę Europy i nagle Budapeszt wydał nam się bardzo bliski. Dwa dni później sprawdzaliśmy już tę odległość z perspektywy siodełka. Wystartowawszy w Międzylesiu, puściliśmy się w drogę na naszych góralach. Bez sakiew, z plecakiem na ramionach i namiotem przypiętym do ramy. Trochę utrudniało to pedałowanie, ale dało się jechać.

Za Brnem skręciliśmy w stronę Słowacji, gdzie natknęliśmy się na pierwsze słowackie tokaje. Popijaliśmy je w namiocie rozbitym na dziko, przekonani, że trafnie oceniamy ich drugorzędną jakość. Wiedzieliśmy, że te prawdziwe tokaje czekają na nas dopiero u celu podróży.

Lekcja w Budapeszcie

W Budapeszcie okazało się, że tokaj ma swoją hierarchię. Zaczęliśmy od tych najprostszych. Później przyszedł czas na szamorodni, szczególnie w słodkim wydaniu. Szybko zafascynowały nas jednak cyfry na tokajach aszú. Puttony! To było odkrycie! Umysł osiemnastolatka, snobującego się na króla życia, kalkulował w prosty sposób: im więcej puttonów, tym lepiej. Pal licho producenta! W budapesztańskich supermarketach dało się znaleźć przemysłowe, 5-puttonowe aszú za równowartość 5 dych. Braliśmy po jednym i szliśmy je wypić pod pomnikiem Rákócziego, albo w innym naddunajskim zakątku.

Pod koniec pobytu do puttonów dołączył rocznik. Zrozumieliśmy, że w lepszym stylu będzie postawić na starsze roczniki. W sklepach nie brakowało tych z końca lat osiemdziesiątych. Przekonani, że dotykamy winiarskiego Everestu, sączyliśmy je powoli z butelki, rozmawiając o niemieckiej literaturze. Spłukani, pokonaliśmy drogę powrotną w ekspresowym tempie.

Wróciliśmy do szkoły, zdaliśmy maturę i zapragnęliśmy więcej. Jeśli udało się dojechać do Budapesztu w niecałe trzy dni, dlaczego nie dojechać do Wenecji w dziesięć? Taka podróż musiała być oczywiście bardziej kosztowna, więc szukaliśmy wsparcia w redakcjach gazet. Nic z tego nie wyszło, ale na szczęście rodzice wynagrodzili szczodrze naszą maturę i zdane egzaminy na studia. W sierpniu 1999 r. mogliśmy ruszać z Międzylesia kolejny raz, tym razem na podbój Placu Św. Marka.

Balatońskie straty i zyski

Jechałem już wtedy na nowiutkim, lśniącym rowerze trekkingowym marki Mongoose. Minęliśmy Morawy, Weinviertel, a za Wiedniem kolejne regiony winiarskie. Za austriacko-węgierską granicą przecięliśmy Sopron i Somló, ale jako świeżo upieczony wielbiciel Tokaju, miałem te regiony winiarskie w głębokim poważaniu. Szczerze mówiąc nie miałem nawet pojęcia o ich istnieniu.

Na dzień przed pamiętnym, całkowitym zaćmieniem słońca zatrzymaliśmy się w Keszthely nad Balatonem. Lokalna plaża posłużyła nam przez dwa dni za miejsce degustacji. Oczywiście nie win z Badacsony, tylko tokajów aszú.

W ostatni wieczór przed wyjazdem w stronę Słowenii musieliśmy pić coś dobrego, bo trochę nam to zajęło. Po powrocie na miejsce, gdzie przypięliśmy rowery, okazało się, że mój nowy mongoose zniknął. Dokładnie przeszukałem każdy centymetr stojaka, przypuszczając, że alkohol mógł mieć jakiś związek z pustką, którą zastałem. Ale nic nie znalazłem.

Rozmowa na komisariacie węgierskiej policji weszła do żelaznego kanonu moich anegdot. Dość powiedzieć, że policjanci nie mówili po angielsku, a by wytłumaczyć im zajście, musiałem naszkicować na kartce rower. Policjanci bardziej niż kradzieżą zainteresowali się jednak naszym pochodzeniem, kiedy zobaczyli mój paszport. Z radością wykrzyknęli “Lengyeyorsag!”, uśmiechając się jowialnie. Wydawało mi się, że za chwilę padniemy sobie w ramiona.

To serdeczne spotkanie nie przyniosło jednak żadnej wymiernej korzyści. Rozsądek podpowiadał mi, że trzeba pożegnać się z Wenecją. Cóż było robić? Oczywiście zakończyć wycieczkę z przytupem i roztrwonić pieniądze na najlepsze tokaje. Znaleźliśmy sklepik, w którym spotkać można było głównie niemieckich turystów. Moje spojrzenie przykuł Oremus Tokaji Aszú 6P 1981, który kosztował wówczas po przeliczeniu ok. 400 zł. Paweł szarpnął się jeszcze bardziej i kupił Oremus Tokaji Aszú 6P 1972 za ponad dwa razy więcej.

Oremus Tokaji AszuPodaje te kwoty nie po to, by się nimi chwalić, ale wyrazić nieskończone politowanie, z jakim myślę dzisiaj o dwóch maturzystach, którzy o jakościowych winach nie mieli zielonego pojęcia. Dobrze przynajmniej, że ich wypicie postanowiliśmy odłożyć na lepszą okazję. Paweł zadeklarował nawet, że wypijemy je w dniu mojego ślubu.

16 lat czekania

Rozstaliśmy się na dworcu autobusowym w Kesztehly. Wróciłem do Wrocławia przez Wiedeń. Paweł dzielnie wracał na dwóch kółkach, walcząc po drodze z nawałnicami pod Bratysławą i nieustannie otaczając opieką cenny suwenir owinięty w śpiwór.

Swojego tokaja sprezentowałem ówczesnej dziewczynie jako trofeum z pełnej przygód podróży. Paweł umieścił swojego w piwnicy. Nie wiedziałem wiele o jego losie, bo nasze kontakty na studiach poluzowały się. W końcu straciliśmy się z oczu zupełnie, by natknąć się na siebie zupełnie przypadkiem w Londynie jakieś dziesięć lat temu. Okazało się, że tokaj ciągle czekał.

Cztery lata temu Pawłowi urodził się syn, Franek. Zostałem jego ojcem chrzestnym. Dwa lata później Paweł zjawił się na moim ślubie z butelką, której nie widziałem od 14 lat. Mojemu wzruszeniu nie było końca, ale rozsądek podpowiadał, że wypicie go tamtego dnia byłoby nadmiarem emocji. Toteż odłożyliśmy je na bardziej odpowiedni moment, kiedy w skupieniu nacieszymy się jego długowiecznością.

Traf chciał jednak, że ciągle coś stawało na przeszkodzie i moment otwarcia butelki przesuwał się w nieskończoność. W końcu jednak przyszły urodziny Franka. Z trudem wyjąłem korek, który ledwo trzymał się w całości i 43-latek popłynął do kieliszków za zdrowie czterolatka.

Staruszek w formie

Przyznam się, że nie spodziewałem się olśnienia. Warunki, w jakich przetrwał jedną trzecią swojego życia pozostawiały wiele do życzenia, a i wcześniej niekoniecznie przechowywano go poprawnie. Poza tym jego wartość rynkowa nie bez przyczyny zdążyła już spaść. Ale o dziwo, staruszek zachwycił. Nie powiem: “zamurował”, ale zachwycił z pewnością. Pachniał miodem gryczanym, orzechami, kawą i koprem. Zachował też więcej kwasowości niż słodyczy. Alkohol był już w wyraźnym odwrocie, za to smak zachował władczość i cierpliwość. Na koniec pojawił się wyraźny orzechowy akcent.

I koniec, została pusta butelka. Paweł jest dzisiaj doktorem filologii. Czasem przywiezie mi niezłe wino ze Szwajcarii, gdzie zbiera materiały do książki o metaforach. Ja trochę piszę o winach. Kto wie, może gdyby nie tamten wypad na Węgry nigdy bym się winem nie zainteresował. A tak w następnym roku pedałowałem już wzdłuż Renu, a rok później przez Alzację i Prowansję. Na bliźniaczej kopii lśniącego mongoose’a.

Tagi: , ,