Moje godzenie się z Jumillą


19/01/2016

W czasie studiów wybrałem się na stypendium Erasmusa do Murcji. Spędziłem rok na tamtejszym Katolickim Uniwersytecie św. Antoniego, który słynął z niezłych imprez, bardzo dobrej drużyny koszykówki i z tego, że bywał tam kard. Ratzinger.

Mieszkanie dzieliłem trzema studentami z nieodległej Cartageny, którzy szczerze nienawidzili Murcji, uważali, że ich miasto zasługuje na swój własny region (powoływali się przy tym na kartagińską przeszłość) i znikali w każdy weekend. Tego ostatniego nie miałem im za złe.

Zanim jednak trafiłem na moich zgorzkniałych compañeros de piso, spędziłem tydzień u przemiłej hiszpańskiej rodziny, zamieszkałej na przedmieściach miasta. W ich domu wszystko było archetypiczne – gwar przy posiłkach, korpulentna mama, którą z zaciekawieniem obserwowałem w kuchni podczas smażenia tortilli, i na południowy sposób poważny ojciec (nazwę go po prostu “Padre”). Padre odegrał niebagatelną rolę w mojej enologicznej edukacji.

Każdego dnia czekał na mnie kolejny zestaw typowo hiszpańskich dań. Wspomniałem coś o krewetkach – na drugi dzień czekały na mnie krewetki. Spytałem nieopatrznie o typowe murcjańskie danie – dostałem królika. Padre szybko zmiarkował, że z ochotą popijam te pyszności winem. Kiedy z pietyzmem stawiał kolejną flaszkę na stół, zerkał na mnie, by upewnić się że widzę. Kiedy wznosił toast, miałem wrażenie ze wznosi go nieco wyżej niż zazwyczaj, by nadać mu rangę odpowiednią dla spotkania międzypaństwowego. Ja w odpowiedzi z uznaniem kiwałem głową. Nasz kontakt sprowadzał się tylko do tej niemej konwersacji, bo mówiłem wtedy po hiszpańsku tyle co typowy murcjanin po czterdziestce po angielsku. Widać było jednak, że Padre dusi się tą pantomimą i chce przemówić do mnie dosadniej (warto wspomnieć, że nie miał syna, tylko trzy córki).

Wreszcie któregoś razu nie wytrzymał. Wskazał na córkę i kazał sobie tłumaczyć. Mówił prosto i precyzyjnie, jakby obawiał się translatorskich przeinaczeń. – Ribera del Duero – wskazał na butelkę – najlepsze wino w Hiszpanii. – Myślałem, że Rioja… – odparłem, na co on uśmiechnął się, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi. – Rioja jest dobra, ale my w Hiszpanii wiemy, że najlepsza jest Ribera – zamoczył usta, po czym dodał, wznosząc kieliszek jeszcze wyżej niż poprzednio: – Hiszpańskie wina są najlepsze na świecie. Lepsze niż francuskie, nie mówiąc o włoskich.

Zapanowała cisza, a ja, zanim spróbowałem wina, wiedziałem już, że Ribera jest najlepsza na świecie i nie chcę już więcej pić nic innego. Padre dostrzegł to w moich oczach i zniknął w ciemności swojej sypialni. Wrócił w okularach i z kartką, która podał mi z namaszczeniem. Były tam ostatnie roczniki najważniejszych hiszpańskich apelacji. 2001, który właśnie opróżnialiśmy, figurował jako excelente i przy Riosze, i przy Riberze. Teraz znałem już najlepszy rocznik na świecie.

Spytałem, jakie są najlepsze białe wina w Hiszpanii. Padre uśmiechnął się, ale inaczej, z niecierpliwością. Przeleciał wzrokiem po żonie i córkach i powiedział sakramentalnie: “białe wina to nie wina!”.

Najlepsza jest Ribera, a białe to nie wina. Te dwie zwięzłe zasady doświadczonego murcjanina wziąłem sobie wtedy do serca jak gorliwy neofita. Przez rok pobytu w Murcji, kiedy tylko mogłem, sięgałem po Riberę, rzadziej Rioję i bacznie przyglądałem się rocznikom z kartki, którą Padre wspaniałomyślnie mi podarował. Na półkach sklepowych omijałem z niesmakiem wina z pobliskiej Jumilli; były tańsze, miały brzydsze etykiety i kiczowate siateczki, a Padre pomimo lokalnego patriotyzmu nawet się o niech nie zająknął. To nie mogły być dobre wina.

JumillaPrzez rok korzystałem z wielu typowych uciech stypendialnego życia, ale odwiedziny w winnicach Jumilli, które miałem pod nosem, nie przyszły mi do głowy. Niby po co? Marzyłem o wizycie w Riberze, a ta była było za daleko.

Sceptyczny stosunek do Jumilli pozostał mi na długie lata. Widząc później na polskich półkach te same kiczowate etykiety i siateczki, uśmiechałem się, myśląc z pobłażaniem o tych, którzy złapią się na takie błyskotki i na “gran reservę” w rodzaju San Simona za dwadzieścia parę złotych.

Minęły lata, zdążyłem wypić trochę win z innych krajów i zacząłem podejrzewać, że Padre mógł się mylić. Uwalniając się z jażma “ojcowskiego nie” zacząłem też sięgać po inne regiony Hiszpanii. Priorat… dlaczego Padre nic o nim nie wspomniał? Miał antykatalońskie usposobienie? A Galicja? No tak, białe to nie wina. Ale Bierzo? A Toro? Nie wspomnę już o Bullas czy Yecli, o których też się nie zająknął. 

Dzisiaj podejrzewam, że gdyby nie Padre, być może zamiast calimocho i napakowanych beczką tanich riber i rioj popijałbym w Murcji proste, mocno owocowe monastrelle. I całkiem możliwe, że odwiedziłbym jedną z najlepszych bodeg w okolicy – Juan Gil, do której  miałem jakieś 70 km. A tak pozostaje mi uznać klasę win rodziny Gil mocno poniewczasie.

Biję się w pierś z kieliszkiem Juan Gil 4 Meses Monastrell 2014 w ręku. To jumilla z wyraźnym aromatem jeżyn, pieprzu i żywicy. Usta są mocno owocowe, sycące, z gładkimi, drobnymi taninami. Owoc trąci słodyczą, która nie wszystkim się spodoba, ale też równoważy ją świeżość niezmącona przez beczkę. Jest też niestety moc, 14,5%, i ciężko to ukryć. Mimo to całość wypada bardzo apetycznie.

Pijąc je zastanawiałem się, jak wiele naszych gustów i przyzwyczajeń ma swoje źródło w jakiejś przyjemnej chwili, którą spędziliśmy z tym czy tamtym winem wiele lat temu, w jakiejś dawnej sugestii znajomego, przelotnie zasłyszanej opinii, albo autorytarnym i precyzyjnym sądzie przygodnie spotkanego Hiszpana w średnim wieku. Kto wie, może nawet za suchymi punktacjami słynnych krytyków czają się jakieś osobiste historie, jakiś inny Padre.

Wino kupiłem w El Catador (45 zł).

Tagi: , , , , ,