Czerwona przypowieść


24/11/2013

“Czerwona obsesja” to film-przypowieść o współczesnym bordeaux. Mamy tu zderzenie cywilizacji, dwa nieprzystawalne pojęcia czasu, emocje, zawirowania, ludzi chciwych i ludzi pokornych, zwrot akcji i morał.

Wczoraj w ramach przeglądu filmów kulinarnych Kuchnia+ Film Food Fest miałem okazję zobaczyć długo oczekiwaną “Czerwoną obsesję” w reżyserii Davida Roacha i Warwicka Rossa. Dokument w sugestywny sposób diagnozuje gorączkę na zglobalizowanym rynku obrotu czołowych bordeaux. Główną rolę odgrywa tu nowa, rosnąca w siłę klasa chińskich bogaczy, która wywindowała ceny win od najlepszych château do poziomów nieosiągalnych dla zwykłych śmiertelników.

Film ogląda się jak przypowieść. Mamy oto otwierającą część, która pokazuje Bordeaux od strony, od której zawsze chcielibyśmy oglądać. Idylliczne kadry bordoskich winnic i posiadłości przeplatają się z wypowiedziami tamtejszych winiarzy i renomowanych krytyków o odwiecznych walorach regionu: unikalnym terroir, pasji, miłości do wina i oczywiście wielowiekowej tradycji. Wino w ich ustach to dzieło sztuki, niejednokrotnie przyrównane do muzyki. W ich oczach, gestach, intonacji dostrzegamy niewypowiedzialny podziw dla Bordeaux i autentyczną radość z kosztowania jego win. To stare, dobre Bordeaux, które znamy. Świat sprzed pojawienia się grzechu próżności i chciwości.

Jak na dobrą przypowieść przystało, nie brakuje tu jednak jaskrawych kontrastów. Miliarder i największy kolekcjoner win w Chinach okazuje się producentem asortymentu sexshopów. Jego niewybredne wypowiedzi o swoich winach wzbudzają śmiech i mają się do pełnych poezji słów Francuzów jak jego plastikowe gadżety do bukietu Château Latour. Po sielskich kadrach dostajemy się do sterylnych wnętrz funduszy inwestycyjnych obracających winami i obserwujemy szybujące słupki ich cen. W tłumie pewnych siebie i nienasyconych kolekcjonerów i przedsiębiorców z Państwa Środka znajdujemy też jednego skromnego chińskiego winiarza, który pokornie patrzy w przyszłość tamtejszych win. To wszystko, jak to w przypowieści, zwieńczone morałem, który niedawno dopisała już sama rzeczywistość…

Dwa czasy

To co najciekawsze w filmie, to zagłębienie się w kulturową przyczynę pęczniejącej bańki cen win. Bez zrozumienia diametralnych różnic cywilizacyjnych, nie zrozumiemy, dlaczego chiński smok pompuje dzisiaj bordeaux w ilościach, które grożą utracie ich tożsamości i zachodnich kierunków eksportu. Najciekawsza z nich to różnica w pojmowaniu czasu. W winiarskiej Europie czas liczony jest w wiekach uprawy, wieloletnich interwałach pomiędzy najlepszymi rocznikami i latach potrzebnych na stworzenie przyzwoitego wina. W Chinach nie ma czasu na takie ceregiele. Tam czas ulega skrajnemu zagęszczeniu. Potrzeba szybkiego nadrobienia cywilizacyjnych zapóźnień po okresie komunizmu prowadzi do obsesji szybkiego przyswojenia sobie tego, na co inni czekali pokolenia. Najdroższa olimpiada w historii? Wystarczy nam parę lat. Drapacz chmur? Wystarczy niecały miesiąc. Wina na miarę bordeaux w zachodnich Chinach? Szybciej niż się spodziewacie.

Wydawałoby się, że jedna z najstarszych cywilizacji świata, wyrosła na gruncie konfucjańskiego kultu przodków, będzie ostatnią, która zacznie pędzić w takim tempie. Ale o Chinach wiemy wiele w stanie zamknięcia. Niewiele natomiast o wybuchowej mieszance ich kultury z globalizacją i nagłym otwarciem na świat. Okazuje się, że ta reakcja uwypukliła szerzej nieznane cechy Chińczyków, takie jak nagląca ambicja, by dorównać innym innym, choćby za cenę kopiowania. W konfucjańskim świecie autorytetów wolność twórcza i oryginalność nie są w cenie. Ważne jest to, co jest już uznaną wartością. Jeśli dobre wino powstaje wokół klasycystycznego zameczku w Bordeaux, dlaczego nie wybudować identycznego zameczku pod Pekinem? Jeśli bordeaux jest tak drogie, dlaczego nie zatrzymać sobie po nim butelki, napełnić sikaczem i upłynnić jako oryginalne?

Apartment blocks tower over vines at Chateau Changyu Castel, Shandong Province, China

Apartamentowce w pobliżu Chateau Changyu Castel © Materiały organizatora

Winny branding 

W świecie zagęszczonego czasu jest miejsce tylko na to, co od razu, za jednym zakupem, za jednym łykiem wytwarza określaną wartość, mierzoną szacunkiem. Wino staje się jednym z wielu atrybutów statusu. Jeśli X zarabia parę milionów mniej, a pije rocznik 1995, ja kupię rocznik 1982. To bardzo proste. Nietrudno policzyć, które wino jest lepsze. Jeśli Y pije Chateau Margaux, ja zaopatrzę się w Château Lafite-Rothschild i wedle dzisiejszych standardów moje będzie na górze. To niby nic nowego. W końcu także nasi możni od wieków raczyli się czołowymi winami w celach wizerunkowych. Różnica tkwi w – znowu – zagęszczeniu, zawężeniu ilości win podnoszących status do paru etykiet.

Chińczycy odwiedzający winiarnie w w Bordeaux  nie szukają “jakiegoś dobrego lokalnego wina”, a nawet nie “jakiegoś drogiego wina”. Szukają Château Lafite, bądź Château Latour; inne ich nie interesują. Wedle standardów wyniesionych ze świata torebek czy butów sportowych, może być tylko parę dobrych marek winnych. Najlepiej dwie, nie więcej. Liczy się wysublimowana jakość symboliczna produktu, zespół skojarzeń, bogactwo odesłań, nie aromatów.

Kres hedonizmu?

Stąd już tylko krok do bardziej fundamentalnej przypowieści o naszym świecie. Kolekcjonerka win z Hong Kongu bez żadnego zażenowania mówi, że w trakcie licytacji drogich win kluczowa jest adrenalina. Odcina się wtedy od reszty świata, pozwala unieść emocjom i licytuje, wydaje fortunę. Wino staje się częścią skojarzeń właściwych bardziej kasynom niż restauracjom i stołom rodzinnym. Bańka spekulacyjna pęcznieje na skutek bańki emocjonalnej, słowem: wartość wina odkleja się od smaku i aromatu, po czym szybuje w nieznane, niesiona aspiracjami i skrótami myślowymi.

Mówi się często, że żyjemy w czasach hedonizmu i rozbuchanej zmysłowości. Film pokazuje coś innego. Pokazuje świat, w którym smak i przyjemność zmysłowa zamierają, a pustkę po nich wypełniają cyfry, marki, słowa-klucze, szybkie skojarzenia i inne symboliczne substytuty. Rzecz nie dotyczy tylko wina. Kiedy w filmie pojawia się przyrównanie bordeaux do stradivariusa, od razu nasuwa się pytanie, ile starych stradivariusów cieszy dzisiaj swoim brzmieniem, a ile spoczywa w ciemnych sejfach, wywołując we właścicielach drżenie bynajmniej nie melomańskie. 

To jest właśnie tytułowa “obsesja”. Kto by myślał, że zmysłowa, ten jest w błędzie. Na szczęście nawet największa obsesja nie jest w stanie zubożyć win, tworzonych od wieków wprawną ręką ludzką wespół z naturą. Nic nie wskazuje, żeby miałoby się to zmienić. Ale w końcu przypowieści powstają nie po to, by biadolić nad rozlanym mlekiem, tylko przestrzegać.

Chiński miliarder w swojej piwnicy. © Materiały organizatora

Chiński miliarder w swojej piwnicy. © Materiały organizatora

Tagi: , , ,