Jak Ribeiro przegrało z Rías Baixas


31/08/2015

Dla Hiszpanów liczy się przede wszystkim to, skąd pochodzi wino. Nikt nie zamawia w restauracji tempranillo, garnachy ani monastrella, tylko prosi się o rioję, priorat, albo jumillę. Jest jednak wyjątek: nie słyszy się, by ktoś zamawiał Rías Baixas, za to albariño i owszem.

Nazwa szczepu albariño tak mocno wrosła w świadomość mieszkańców Galicji i reszty Hiszpanii, że kiedy w 1988 r. powstawała apelacja Rías Baixas, jej twórcy zupełnie serio zastanawiali się, czy nie nazwać jej po prostu Albariño. Zrezygnowali za sprawą europejskich przepisów, które faworyzują w nazewnictwie miejsce pochodzenia.

Mimo to, 30 lat oficjalnego istnienia Rías Baixas okazało się pasmem sukcesów. Nie tylko Hiszpanie, ale i reszta świata pokochała albariño z atlantyckiego wybrzeża. Do tego stopnia, że szczep zaczęto uprawiać w Katalonii, a nawet Australii i USA.

Producenci Rías Baixas nie mieli problemu ze światową karierą szczepu. Nie mogli jednak znieść jednego: że ktoś odważył się zrobić albariño tuż za miedzą. Oto w 2005 r. na rynku pojawiło się albariño z Ribeiro, małego regionu, który graniczy z Rías Baixas od wschodu. To jedno wino sprawiło, że winiarze z wybrzeża podnieśli alarm, a sprawa otarła się o najwyższy w Galicji organ władzy lokalnej. Ta orzekła, że nie będzie stroną w sporze, w następstwie czego z Rías Baixas dobiegły głosy o „wstydzie” i zagrożonej reputacji albariño.

50 lat wcześniej

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pewien szczegół. Otóż apelacja Ribeiro wyprzedziła Rías Baixas o 30 lat, a w swoich przepisach wyszczególniła takie białe odmiany, jak treixadura, torrontés, loureira i… albariño. Była to pierwsza apelacja w Galicji, wciągająca na swój sztandar (choć bez zbytniej dumy) ten szczep i pierwsza w regionie w ogóle. Przez 50 lat do nastania sporu z sąsiadem nic się w przepisach nie zmieniło. Po prostu wcześniej nikt w Ribeiro nie pchał się do produkcji odmianowych win z albariño.

Sytuacja przypomina więc historię zwykłego człowieka, właściciela niczym nie wyróżniającego się imienia i nazwiska, które nagle stają się sławne dzięki identycznie nazywającemu się celebrycie. Nasz everyman niespodziewanie okazuje się kimś i zaczyna występować w reklamówkach. Oczywiście używanie swojego nazwiska jest jego niezbywalnym prawem, ale można mieć zastrzeżenia co do jego postawy, a są nawet firmy, które w takich okolicznościach sięgają po prawników.

Jeszcze wcześniej

Wokół albariño narosło zresztą więcej nieporozumień. Do dziś można natknąć się na różne fantastyczne teorie o jego pochodzeniu, które faworyzują bądź to na Ribeiro bądź Rías Baixas. Jedna z nich posiłkuje się historią królowej Galicji, Urraki Kastylijskiej, która wyszła za Rajmunda Burgundzkiego. Rajmund miał rzekomo sprowadzić szczep do Ribeiro z Burgundii. Mówi się także o niemieckich cystersach, którzy przebyli podobną drogę i zapoczątkowali uprawę w klasztorze w Armenteirze (Rías Baixas). Oczywiście obydwie teorie można włożyć między bajki, ale ich żywotność w Hiszpanii zastanawia.

Pewne jest to, że przez długi czas to Ribeiro było winiarską wizytówką Galicji. Tu powstawały znane w Hiszpanii słodkie wina tostado i tu arystokracja lubowała się w albariño (niższe warstwy społeczne wolały ponoć wina czerwone dla rozgrzania). Wiadomo też, że “ribeiro” weszło to potocznego języka na oznaczenie rześkiego, białego wina z Galicji, a więc doznało zaszczytu, którego nie doczekał się sąsiad.

Franco i palomino

Czarnym okresem Galicji był czas frankizmu. Na nieszczęście dla tego sympatycznego regionu wielu prominentnych przywódców ruchu z Franco na czele wywodziło się właśnie stamtąd. Od lat trzydziestych białe wina z Ribeiro służyły w regionie za jeden z emblematów polityki nacjonalistycznej i już w latach trzydziestych powstały zręby tamtejszej apelacji.

W tym samym czasie, w ramach odgórnej polityki rolnej rozpowszechniono w regionie odmianę palomino, której zdolności oksydacyjne doceniano dotąd głównie przy produkcji sherry. Poza Andaluzją palomino, mówiąc delikatnie, nie zachwyca, ale, jak widać, dyktatury wszystkich odcieni rzadko kierują się dobrym gustem. W każdym razie to właśnie palomino stało się początkiem nieszczęść Ribeiro. Zaczęto z niego produkować tanie, przemysłowe wina bez właściwości, które do dzisiaj nadszarpują wizerunek tej zasłużonej apelacji.

Ribeiro z Lidla

Według jednego z hiszpańskich blogów z palomino powstało też jedno z dwóch win z Ribeiro, które właśnie pojawiły się w Lidlu, Bodegas Campante Casal do Río 2014. Lidl podaje co prawda w swoich materiałach, że wino powstało z „wielu odmian winorośli uprawianych w regionie Ribeiro”, ale nijaki, gruszkowo-cytrusowo-brzoskwiniowy aromat podpowiada, że to jednak palomino. Być może w towarzystwie innych szczepów, bo usta pozytywnie zaskakują świeżością, a nawet mineralnym akcentem.

Casal do RioTak czy siak, wino z “wielu szczepów występujących w Ribeiro” dobrze obrazuje historię niewykorzystanych szans tego regionu. Albariño wcale nie było wyjątkiem. Ribeiro nie wykorzystało potencjału treixadury, która nawiasem mówiąc wcale nie jest jego rdzenną odmianą. Z kolei torrontes, który z Ribeiro pochodzi, zaznał sławy w Argentynie, a do kolebki dociera jedynie echo jego sukcesu. Jeśli wyprzedaje się najlepszych zawodników i wystawia w pierwszym składzie tych ściągniętych z II ligi, trudno marzyć o Lidze Mistrzów.

Wino kupiłem w Lidlu za 14 zł. Więcej o najnowszej ofercie i drugim reprezentancie Ribeiro przeczytacie na Winicjatywie.

Tagi: , , , , , ,