Wywiad z Jancis Robinson


12/11/2016

W zeszłym miesiącu po raz pierwszy przyjechała do Polski Jancis Robinson. Znalazła chwilę, by podzielić się z czytelnikami Enoeno swoją opinią o polskich winach, o trendach w winiarskim świecie, o Brexicie i wielu innych sprawach.

Najsłynniejsza krytyk winiarska świata przyjechała nad Wisłę, by odebrać od redakcji magazynu Czas Wina tytuł Człowieka Roku i promować książkę Jak zostać znawcą wina w 24h. Uczestniczyła też w zorganizowanej specjalnie na tę okazję degustacji polskich win i seminarium Polish Wine. Past & Present.

Dzięki uprzejmości Czasu Wina mogłem uciąć z nią dłuższą pogawędkę. Wiadomo, że jest przesympatyczna, niepozbawiona humoru i dystansu do siebie, ale doświadczenie tego w bezpośrednim kontakcie i tak robi wielkie wrażenie. Nasza rozmowa miała miejsce w Dworze Sieraków na chwilę przed seminarium i degustacją.

Czy to Pani pierwsza wizyta w Polsce?
Tak i jestem wdzięczna wydawcy mojej nowej książki [Czasowi Wina], że do niej doszło. Cieszę się też, że będę mogła zobaczyć, jak rozwija się polskie wino.

A miała Pani okazję już jakieś spróbować?
Przedwczoraj w Wieliczce poznałam Agnieszkę [Wyrobek-Rousseau], która robi viniferę. I to są na pewno wina godne uwagi, robione z pasją.

Robi nawet merlota!
Tak, a do tego cabernet sauvignon, który jest jeszcze trudniejszy. Spodziewam się, że te, które spróbujemy dzisiaj, będą bardziej typowe dla Polski.

Chciałbym porozmawiać z Panią o współczesnych trendach w świecie wina. Jaki jest według Pani ten najciekawszy?
Piszę o winach od 40 lat, ale nigdy świat wina nie wydawał mi się tak szybko zmieniający jak teraz. Do niedawna każdy winiarz zmierzał mniej więcej w tym samym kierunku, próbując tworzyć kopie europejskiej klasyki – czerwonego Bordeaux, białej Burgundii itd. Każdy chciał więcej dębu, koncentracji i alkoholu. Ale ten trend obrócił się o 180 stopni. To jak zasada dynamiki Newtona – każda akcja napotyka swoją reakcję. Kiedy pracowałam nad szóstą edycją World Atlas of Wine, w każdym regonie spotykałam kogoś, kto mówił, że chce robić wina świeże, oddające siedlisko itd. I oczywiście w winnicy, a nie w piwnicy. Równolegle nastąpił wzrost zainteresowania lokalnymi, rdzennymi odmianami i pojawiła się w wielu miejscach na świecie zupełnie nowa generacja winiarzy-eksperymentatorów, niekoniecznie z enologicznym wykształceniem. Robią wina naturalne, pomarańczowe, stronią wyraźnie od beczki, a zamiast niej wybierają cement lub amfory. W rezultacie możemy dzisiaj przebierać w znacznie bogatszej ofercie win niż kiedykolwiek. Jest też coraz więcej ludzi interesujących się winem. Te wszystkie procesy uważam oczywiście za bardzo pozytywne.

Jednocześnie jednak miało miejsce zjawisko, które już takie pozytywne nie jest: różnica cen pomiędzy najlepszymi a najlepszymi winami zaczęła rosnąć i jest dzisiaj większa niż kiedykolwiek. Rośnie popyt na najsłynniejsze wina, a tym samym ich cena. Dzieje się tak za sprawą inwestorów i ludzi, którzy niedawno zainteresowali się winem, niekoniecznie wiedząc o nim wiele, i sięgają po to, co najbardziej oczywiste, np. najlepsze bordeaux. Paradoks polega na tym, że różnica cenowa pomiędzy najwyższą a najniższą półką rośnie, podczas gdy maleje różnica jakościowa pomiędzy nimi. Ciężko dziś znaleźć naprawdę słabe wino, podczas, gdy ja zaczynałam swoją karierę, co drugie wino było praktycznie niepijalne. Słyszę czasami od ludzi z mojego pokolenia: „zainteresowałem się winem po spróbowaniu Mouton 1945”. Przykro mi, że fani wina dzisiaj nie mogą pozwolić sobie na kupienie takiego wina. Inna sprawa, że żyjemy w kompletnie innym świecie i to, co dzisiaj pociąga początkujących amatorów wina, to nie klasyka i wina elitarne, ale ekstremum, wina ciekawe.

Jestem wielkim fanem książki Wine Grapes. Czytam ją trochę jak serię detektywistycznych opowiadań. Te wszystkie przełomowe odkrycia, to obalanie mitów dotyczących pokrewieństw i pochodzenia odmian…
To fascynujące, prawda? Jose [Vouillamoz] i Julia [Harding] wykonali kawał dobrej roboty.

Czy myślicie Państwo o kolejnej edycji?
Tak, oczywiście i bardzo chcielibyśmy, żeby się pojawiła. Jest tyle nowego materiału, tyle nieopisanych jeszcze odmian, szczególnie we Włoszech i Hiszpanii. Można sobie jednak wyobrazić koszt tak monumentalnej książki. Właśnie dlatego nie udało się jej dotąd przetłumaczyć na inne języki. Nie spodziewam się też, żeby nowa edycja pojawiła się wkrótce. Może się tak zdarzyć, że wydawcy przekażą nam prawa do tej książki i następne wydanie opublikujemy sami, już w sieci. To umożliwi łatwiejsze wprowadzanie aktualizacji.

Skoro rozmawiamy o odmianach – czy jest jakiś mniej znany szczep, który szczególnie Pani ceni?
Odpowiem tak, jak odpowiadam zazwyczaj na to pytanie, ale trzeba mieć na uwadze, że takie mniej znane, ale obiecujące odmiany bardzo szybko stają się popularne. Oczywistą odpowiedzią jest dla mnie assyrtiko z Santorini, które uprawia się teraz także w Australii. Muszę wymienić także szlachetne aglianico, także obecne w Australii, a do tego w Kalifornii. Torres znalazł ostatnio sześć nowych, ciekawych odmian katalońskich, które nie mają nawet nazwy. Napisałam o tym niedawno artykuł. Co ciekawe, znalazł je dzięki ogłoszeniom w lokalnej prasie. Bardzo smakowało mi białe wino z jednej z tych odmian. Włochy mają też całą masę takich ciekawych odmian. Jestem fanką gaglioppo, flagowej odmiany Cirò w Kalabrii. Momentalnie zachwyca pięknymi aromatami.

jancis-robinson-in-poland

Jaki wpływ na wino w Wielkiej Brytanii będzie miał Brexit? Na pewno nieraz słyszała Pani to pytanie…
Nie, właściwie nie. Wszyscy starają się je taktownie pomijać (uśmiech)… Na pewno wzrosną ceny importowanych win. Póki co wzrosły nieznacznie, ale z pewnością wzrosną bardziej. Jedynym światełkiem w tunelu mogą być ceny win angielskich, które być może spadną. Z drugiej strony, jeśli Brexit uderzy głównie w tanie, przemysłowe wina z supermarketów, nie będzie to jakaś wielka tragedia. Widać już, że mocno pogorszyła się jakość tych win i przewiduję, że ten trend będzie się pogłębiał.

Będziemy dzisiaj rozmawiać także o Tokaju. Hugh Johnson powiedział jakiś czas temu, że są tylko trzy kraje z tradycją produkcji wielkich win: Francja, Niemcy i Węgry. Co Pani myśli o takim stwierdzeniu? Nie jest zbyt mocne, jeśli weźmie się pod uwagę np. wina włoskie?
Z pewnością we Włoszech powstają dzisiaj wina wielkie, podobnie jak w północnej Hiszpanii, ale ich produkcja nie ma bardzo długiej tradycji. Jest też Portugalia z porto i najstarszą na świecie apelacją, ale, znowu, nie jest to tradycja tak długa jak w tych trzech krajach. Dlatego z historycznego punktu widzenia to oczywiście stwierdzenie prawdziwe. Zresztą, kim ja jestem, by polemizować z moim drogim Hugh, autorem Historii Wina? Nie znam też aż tak dobrze historii wina na Węgrzech. Wiem, że bardzo wcześnie wyznaczono tam topowe winnice, że tokaje eksportowano do wielu krajów, w tym szczególnie do Polski. Kiedy to się właściwie zaczęło?

W XVI, albo nawet XV w.
W takim razie, Hugh, zgadzam się (śmiech).

Tydzień temu byłem w Douro, gdzie wielu winiarzy narzekało na spadek sprzedaży porto. To, jak się zdaje, trend dotykający większość słodkich win świata. Rynek wymusza dzisiaj produkcję głównie win wytrawnych…
To smutne, ale tak właśnie jest. W Douro widać wyraźnie, że produkuje się coraz więcej win wytrawnych. W takim Wachau z kolei historia zatacza koło i odchodzi się od ekstraktywnych, wysokoalkoholowych win z wyraźnym cukrem resztkowym i bortrytisem.

Czy myśli Pani, że ten trend kiedyś się zatrzyma i zgodnie z Pani Newtonowską analogią napotka kiedyś kontrreakcję?
Mam taką nadzieję. Kocham słodkie wina i te z wyraźnym cukrem resztkowym, takie jak Vouvray czy niemieckie spätlese. Nie wiem tylko, jaki mechanizm spowoduje, że ludzie zmienią swoje preferencje.

Na koniec pytanie o wina pomarańczowe, o których Pani wspomniała. Według jednych wyrażają terroir, według innych tylko technikę. Jakie jest Pani zdanie?
Ciężko mi dostrzec w winach pomarańczowych ekspresję terroir. Może, gdyby próbowało się tylko win pomarańczowych, wtedy różnice pochodzenia byłyby bardziej wyczuwalne. Ale mnie ciężko je dostrzec, także dlatego że wina pomarańczowe ciągle są względnie nowym zjawiskiem. Do tego nierzadko zdarzają się w nich wady, który też uniemożliwiają ekspresję siedliska. Z drugiej strony jest wiele wspaniałych win naturalnych, które świetnie dają sobie z tym radę. Jeśli producent włoży w ich powstanie odpowiednio dużo pracy, jeśli są w odpowiedni sposób transportowane i przechowywane, potrafią świetnie oddać terroir. Kluczowe są w tym przypadku także rdzenne drożdże. Zawsze stawiam je ponad te selekcjonowane i myślę, że coraz więcej winiarzy będzie rozumieć, jak ważną rolę pełnią w ekspresji siedliska. Swoją drogą, jeśli mówimy o trendzie odwrotu od beczki, zastanawiam się, czy podobnie jak jej producenci nie cierpią dzisiaj producenci selekcjonowanych drożdży.

Dziękuję bardzo za rozmowę!

Tagi: , , , , , , , , ,