Mapy i terytoria


11/10/2015

Kiedy wpiszemy w Google nazwisko Niewodniczański, pierwszym wynikiem, jaki zobaczymy będzie notka biograficzna fizyka jądrowego, Tomasza Niewodniczańskiego. Dowiadujemy się z niej m.in. że był synem profesora Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie i właścicielem “najbardziej znaczącej” prywatnej kolekcji kartograficznej w Europie.

Dalej natkniemy się na wywiad Tomasza Niewodniczańskiego dla Dużego Formatu z 2007 r. Opowiada w nim o swoim niezwykłym życiu: o tym, jak na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych poznał na stypendium w Zurychu piękną, niemiecką studentkę Marie Luise Simon, córkę współwłaściciela wielkiego obecnie browaru Bitburger. I o tym, jak po ślubie zabrał ją do komunistycznej Polski, gdzie przypadła jej rola tłumaczenia na niemiecki tajnych dokumentów dyplomacji Gomułki.

Mówi też o tym, jak na początku lat siedemdziesiątych wyjechał do Niemiec, by zostać dyrektorem finansowym w browarze teścia i zarabiać na swoją kolekcjonerską pasję. I o tym, jak całe wieczory spędzał na strychu na studiowaniu starych map i katalogów. A także o tym, jak skradziono mu tzw. “Album Moszyńskiego”, słynny notes z zapiskami Mickiewicza. Wspomina krótką przygodę z detektywem Rutkowskim i znacznie dłuższą – z gangsterami, którzy po zapłaceniu okupu zwrócili mu w końcu bezcenny przedmiot.

Van VolxemZ wywiadu wyłania się obraz człowieka całkowicie owładniętego swoją pasją. Z początku zbierał głównie stare mapy Polski, z czasem jego zbiory powiększały się o rękopisy i listy, m.in. Mickiewicza, Tuwima, Miłosza, Wierzyńskiego i Gombrowicza, stare atlasy i korespondencję z obozów koncentracyjnych. Czas wypełniało mu podróżowanie po świecie i licytowanie starych dokumentów i map. Mówi, że swoją pasję opłacił tym, że jego synowie wychowywali się praktycznie bez ojca i że “wszyscy trzej otwarcie dziś mówią, że nie chcą z mapami mieć nic do czynienia”.

Od tamtego wywiadu minęło osiem lat. Tomasz Niewodniczański zmarł w 2010 r. Na nagrobku kazał wyryć sobie napis “Zbieracz, fizyk, przedsiębiorca”. Krótko przed śmiercią przekazał swój imponujący zbiór polskich map, poloniców i dzieł sztuki warszawskiemu Zamkowi Królewskiemu.

Przeznaczenie

Jestem w Wiltingen, małym miasteczku położonym nad Saarą, na południe od Trewiru. To jeden z najchłodniejszych zakątków Mozeli. W imponującym salonie, który można by nazwać biblioteką, gdyby nie to, że na półkach zamiast książek stoją butelki po starych winach, spotykam wysokiego, wysportowanego blondyna. Rozmawia ze mną i z resztą dziennikarskiej grupy z Polski po angielsku. Nie mówi po polsku, bo wyjechał z kraju, kiedy miał trzy lata. W ręku trzyma starą mapę taksacyjną winnic nad Saarą, o której opowiada z wielką pasją. To najmłodszy syn Tomasza, Roman.

Roman Niewodniczanski 2Ojciec typował go swego czasu na spadkobiercę swojej kolekcji, wysłał go nawet na studia geograficzne. Ale on ponoć nie chciał zajmować się kartografią. Pracę dyplomową napisał o winiarstwie. Mapy gdzieś jednak w końcu wypłynęły i Roman Niewodniczański jest dzisiaj najbardziej zagorzałym kartografem wśród winiarzy nad Mozelą, a pewnie i w całych Niemczech. Jego ojca nazywano w Niemczech doktorem Niwo, o nim mówi się po prostu Roman.

Z nosem w starych mapach młody Niewodniczański wytropił piętnaście lat temu starą, zaniedbaną posiadłość, która należała niegdyś do jezuitów, a po sekularyzacji w czasach napoleońskich przeszła w ręce rodziny holenderskich browarników. Nazywali się Van Volxem i tak też nazywa się dzisiaj winnica. Zaczęło się od paru hektarów, ale Roman skrupulatnie skupował kolejne parcele i dzisiaj ma już ponad 50 ha. Od początku stawiał na na najlepsze siedliska porośnięte starymi krzewami rieslinga. Tam, gdzie ich nie było, nasadzał tylko stare klony niemieckiej odmiany.

Z pasją opowiada o złotym okresie Mozeli, który przypadł na XIX w. i pierwszą połowę zeszłego stulecia, o żydowskich handlarzach, którzy z sukcesem sprzedawali w Europie mozelskie wina po cenach równym szampanom i fatalnym dla Mozeli czasie, kiedy ich zabrakło. Mówi o Liebfrauenmilch, który był w XIX w. luksusową marką, o winach z Bernkastel, które dorównywały cenami najlepszym sauternom, o winach pomarańczowych z rieslinga, które nie mają sensu i o tym, że sens mają wina z niską zawartością alkoholu i cukru, bo wpisują się w modę zdrowy tryb życia.

Wyrazisty styl

Wina Romana mają swój wyjątkowy, wyrazisty styl. Są skoncentrowane, kremowe, zmysłowe, często w złocistym kolorze, a przy tym są wyraźnie wytrawne, lekkie i eleganckie. Świetne wrażenie robią już najprostsze rieslingi z niełatwego rocznika 2014. Może się podobać bardzo pijalny Schiefer Riesling 2014 (59,80 zł) z dojrzałą już, choć wysoką kwasowością, kremową fakturą, aromatem dojrzałych żółtych owoców, cytrusów i kwiatów i wyczuwalnym garbnikiem. Jeszcze lepiej wypada jednak Saar Riesling 2014 (76 zł) pachnący brzoskwinią, melonem, przyprawami i kamieniem, który usatysfakcjonuje każdego fana rieslinga solidną strukturą i wysoką kwasowością. To pyszne i do tego stosunkowo niedrogie wino.

Van Volxem Saar RieslingVolz Riesling 2014 pochodzi z winnicy graniczącej z Scharzhofberg, która uchodziła w XIX w. za pierwszorzędne siedlisko. Króluje w niej niebieski łupek i kwarcyt. Wino jest skupione, szczupłe, ale wylewne w aromacie (dojrzałe żółte owoce). Na podniebieniu daje o sobie znać głębia owocu, a w tle wyraźna mineralność ściga się z kwasowością. Scharzhofberger P Riesling 2014 z kolei częstuje aromatem kwiatów i dojrzałych moreli, a w ustach mocnym kamiennym uderzeniem, gładkością i – a jakże! – wysoką kwasowością. Wszystkie te wina to najlepszy dowód na to, że rocznik 2014 nie był nad Mozelą taki zły, jak wieszczyli sceptycy.

Jednym z projektów Niewodniczańskiego jest przywrócenie świetności sektom znad Saary. Plan idzie naprawdę nieźle, co pokazuje niezwykły „1900” Riesling Sekt Brut 2009, o którym pisałem już na Winicjatywie. Jeśli sekty nad Mozelą ogólnie wypadają świetnie, ten stanowi klasę samą w sobie.

Wina ze starszych roczników pokazują, że czas służy winom Van Volxem. Wiltinger Braunfels Riesling 2012 (rocznik 2014 dostępny za 85 zł) z aromatem dojrzałych jabłek, mirabelek i ziół, ze złożonymi, soczystymi, mineralnymi ustami i mocno wytrawnym finiszem, pokazuje, że warto poczekać na otwarcie tych win choćby dwa lata. Jeszcze ciekawszy i bardziej mineralny jest Sharzhofberger Riesling 2012 (rocznik 2014 po 138 zł) z aromatem kwiatów i ananasa oraz dymnymi nutami. Usta są zniuansowane, głębokie i dosłownie wyłożone łupkiem. To piękne wino, któremu dobrze ponoć robi towarzystwo homara. Altenberg Alte Reben Riesling 2010 to wino o wspaniałym dojrzałym i zmysłowym aromacie gruszki, kwiatów i mokrego kamienia. Jak na zimy rocznik przystało, usta częstują tu niezwykłą świeżością spod znaku zielonego jabłka.

Van Volxem Riesling ScharzhofbergerSłabość do wytrawnych win nie oznacza, że Niewodniczański nie zna się na słodyczy. Altenberg Riesling Auslese 2010 to wino pełne erotyki, by użyć określenia twórcy. Słodyczy jest w nim sam raz tyle, ile trzeba, sporo tu za to pobudzającej kwasowości i kojących, zmysłowych aromatów kandyzowanej skórki pomarańczy, kwiatów, ziół. Scharzhofberger Riesling Trockenbeerenauslese 2011 to już prawdziwy odlot. Pachnie dojrzałymi morelami, cytrusami, szlachetną pleśnią i wciąga w bezkresną głębię i doskonale zbalansowaną słodycz.

Terytoria

Scharzhofberg to jedna z najwspanialszych winnic w Niemczech, ale wkrótce przybędzie jej poważna konkurentka. Nazywa się Geisberg, leży w Ockfen i jakieś czterdzieści lat temu popadła w zapomnienie. Kto jednak, jak Roman Niewodniczański, dobrze studiuje stare mapy i dokumenty, wie, że jeszcze na początku XX w., była legendarnym mozelskim cru. Karty win z tamtego okresu wskazują, że geisberskie rieslingi wielokrotnie przewyższały ceną Château Lafite lub Margaux. Tutaj możecie zobaczyć, jak pod koniec XIX w. kształtowały się ceny na aukcjach mozelskich win. Te z Geisbergu ustępowały jedynie winom z Scharzhofbergu.

GeisbergTeraz Niewodniczanski na spółkę z Markusem Molitorem i przy ogromnych kosztach doprowadza Geisberg do stanu używalności. Opowiada o tym projekcie z wielkim przejęciem, opisując plastycznie kilkudziesięcioletnie rieslingi stamtąd, które miał przyjemność próbować (jeszcze nie wspomniałem, że jest zagorzałym kolekcjonerem starych win?). O projekcie rozpisują się ostatnio największe niemieckie media, a wkrótce ma o nim napisać New York Times. 

Ciężko nie mieć wrażenia, że Roman kolekcjonuje parcele jak jego ojciec mapy. W pewnym sensie przebił jednak pasję ojca, bo ją urzeczywistnił, na swój sposób ożywił stare mapy. Tylko zapał pozostał ten sam. Na pytanie, czym jest kolekcjonerstwo, Tomasz Niewodniczański odpowiedział we wspomnianym wywiadzie: Ciężką, wyniszczającą chorobą”. Najwyraźniej jest to choroba, bez której nie da się żyć.

Nad Mozelę podróżowałem na zaproszenie Niemieckiego Instytutu Wina. Wina Van Volxem są u nas dostępne u Mielżyńskiego.

Roman Niewodniczanski

Tagi: , , , , ,