Smakowanie Portugalii: Lizbona


17/04/2016

Przed słynną kawiarnią Café A Brasileira w lizbońskim Chiado siedzi Fernando Pessoa. Jest odlany z brązu i zajmuje miejsce przy stoliku, przy którym zwykł przesiadywać za życia.

Codziennie setki, a może tysiące turystów robią sobie zdjęcie z pisarzem, który za życia był raczej introwertykiem i zapewne nie zniósłby takiego zainteresowania. I to niezależnie od tego, który z jego alter ego siedziałby akurat przy stoliku. Bo Pessoa, musicie wiedzieć, chował się za wieloma heteronimami. Za dnia mógł być Fernando Pessoą lub Alberto Caeiro, a wieczorem bywał Ricardo Reisem, lub Álvaro de Camposem. Każdy z nich publikował inne wiersze i książki. Szkoda, że dzisiaj Pessoa siedzi przy stoliku samotnie, jak gdyby nigdy nie dokonał się ten niezwykły i płodny rozpad jego pisarskiej osobowości.

Fernando Pessoa LisbonPessoa jest autorem jednego z najchętniej powtarzanych cytatów związanych z winem: Życie jest dobre, ale wino lepsze. Podobno nie wylewał za kołnierz. Kiedy na początku zeszłego stulecia pracował w biurze tłumaczeń, często urywał się z pracy, rzucając tylko „Idę do Abla”. Jego szef zorientował się w końcu, że chodzi o sklep z winem Abla Pereiry da Fonseca, założyciela Sanguinhal. Nie miał mu tego jednak za złe, bo podobno po przerwie na wino zawsze wracał do pracy w lepszym stanie. U Abla widzimy Pessoę, jak niespiesznie wychyla szklaneczkę na tym znanym zdjęciu.

Legenda Setúbal w By The Wine

Być może, gdyby Pessoa żył dzisiaj, urywałby się do miejsca, związanego z innym Fonseką – wine baru  By The Wine, należącym do legendarnego producenta z Półwyspu Setúbal – José Maria da Fonseca. Miejsce znajduje się w Chiado, całkiem niedaleko Café A Brasileira. Wieczorami tętni tam życie i chyba nie ma lepszego miejsca, by spróbować win JMF. 

By The Wine LisbonWielbiciele różu powinni koniecznie spróbować Colecção Privada Domingos Soares Franco Roxo Rosé 2014. Różowy muszkat naprawdę zaskakuje. Kwiatowe, muszkatowe aromaty ożywiają w nim nuty brzoskwiń i malin. Usta są lekkie, złożone i z fajną kwasowością. 

Periquita to marka, która w świecie bywa uznawana za synonim portugalskiego winiarstwa. Spróbowałem wersji Periquita Reserva 2013 (castelão, touriga nacional touriga franca), która przeleżała parę miesięcy w amerykańskim dębie. Kwiatowo-porzeczkowe aromaty podbite wyraźną beczką i słodycz owocu niekoniecznie wszystkim przypadną do gustu, ale polska, promocyjna cena – 46,90 zł – jest warta rozważenia.

Pasmados PeriquitaBardziej spodobało mi się jednak Pasmados 2014, czyli kupaż syrah, touriga nacional i castelão. Owoce lasu, fiołki i suszone owoce, trochę wyczuwalnej beczki i gładkość składają się na bardzo przystępne, trochę nowoświatowe w stylu (ale nie za bardzo) wino. 

Półka premium – Hexagon 2008 – to kupaż aż sześciu odmian – trincadeiry, tourigi nacional, touriga franca, tinto cão, syrah i tannata. Ten pluralizm znajduje odbicie w aromacie (zioła, figi, owoce lasu, czekolada) i daje zaskakująco sporo zwiewności i elegancji w ustach. Czas być może nadwątlił strukturę tego wina, ale jednocześnie ładnie zintegrował beczkę.

Queijo de Azeitão i portugalski gwóźdź

Pod nosem win JMF powstaje jeden z najlepszych portugalskich serów – owczy Queijo de Azeitão. Produkuje się go niedaleko miasta Palmela, którego nazwa jest jednocześnie nazwą jednej z dwóch winiarskich apelacji na półwyspie. Jest twardy z wierzchu i kremowy w środku, w związku z czym wymaga wydrążenia otworu, przez który można się do niego dobrać. W By The Wine podają go z konfiturą figową, a jedno i drugie nieźle wypada szczególnie z winami Peiquita Reserva i Pasmados.

Na miejscu można też spróbować świetnych wędlin z czarnej świni iberyjskiej. Szczególne pokłony składam jednak portugalskiemu chlebowi i wołowinie. Ten pierwszy różni się zdecydowanie od lekkiego, pszennego pieczywa, które dominuje na południu Europy. Ma charakter, solidną fakturę i jest przepyszny. Kiedy dodamy do niego delikatną i soczystą wołowinę, dostaniemy prego, portugalską odpowiedź na hamburgera. Portugalczycy dodają do niego musztardę, ale dla mnie te dwa proste składniki wystarczyły, by prego uznać za lizbońskie odkrycie kulinarne nr 1. „Prego” oznacza po portugalsku gwóźdź, nie pytajcie mnie, dlaczego.

Coruche

Lasy korkowe w Coruche

Na deser: Coruche i mus czekoladowy

Godzinę drogi od Lizbony w kierunku wschodnim znajduje się Coruche, którego okolice porastają gęsto lasy korkowe. Odwiedziłem tam niepozorną, przydrożną restaurację z alenteżańską kuchnią – Sabores de Coruche. Grillowana karkówka z czarnej świni iberyjskiej, podawana z migas (puree z chleba z oliwą i czosnkiem) i młodą kapustą podlane jakimś stołowym winem z Alentejo dały mi niezłe wyobrażenie o smakach portugalskiej prowincji. Najlepszy był jednak deser: przepyszne mango sprowadzane z Brazylii samolotem. Porównanie z tymi, które tygodniami dojrzewają na statkach, by dotrzeć do naszych supermarketów, wypada druzgocąco.

LisbonInny deser, jaki utkwił mi w głowie, to nieziemski mus czekoladowy podany z porto w urokliwej lizbońskiej knajpce Fumeiro de Santa Catarina.

Lisbon graffitiKiedy na koniec pobytu w Lizbonie wdrapałem się na zamek św. Jerzego, z którego widać panoramę miasta, zobaczyłem, jak wielki zajmuje obszar w porównaniu z takim np. Porto. Trzeba by pewnie wiele czasu, by poznać je bardziej gruntownie. Jest zawsze pokusa, żeby wyrobić sobie zdanie o jakimś mieście nawet na podstawie krótkiego pobytu, ale Lizbona z jej światłem, architekturą, jedzeniem i winem robi na tyle mocne wrażenie, że grzechem byłoby posuwać się do uogólnień. Mam tylko wrażenie, że nie ma jednej Lizbony, tak jak nie było jednego Pessoi. I jest to chyba dobry powód, żeby zaplanować tam w przyszłości dłuższy pobyt.

Do Portugalii podróżowałem w ramach nagrody w konkursie Blog Roku organizowanym przez Czas Wina.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,