Magia nazwy Saint-Amour


23/01/2017

Są nazwy regionów, które same robią dla promocji win połowę roboty. No dobrze, może nie połowę, ale 25% na pewno.

Jeśli nic się w tym roku nie zmieni, sprzedaż win z bożoleskiego cru Saint-Amour, znów poszybuje o 25% w górę w okolicach walentynek. Wszystkiemu winna oczywiście nazwa, która niewtajemniczonym kojarzy się z miłością. Umiejętnie podsycają to niektórzy winiarze, nazywając Saint-Amour „najbardziej romantycznym cru” i umieszczając na etykietach miłosne motywy. Wtajemniczeni wiedzą, że pochodzenie tej nazwy nie ma nic wspólnego z amorami.

Region przejął ją od miasteczka Saint-Amour, które z kolei nazwano tak na cześć Amatora, rzymskiego legionisty z Legii Tebańskiej, w której służył wspólnie ze św. Maurycym. Schronił się przed prześladowaniami w Galii, gdzie założył klasztor. Można natknąć się na informacje, że został później kanonizowany jako św. Amator. Problem w tym, że ciężko poza mediami winiarskimi natknąć się gdziekolwiek na postać św. Amatora z Beaujolais. Internetowe hagiografie odnotowują św. Amatora, biskupa Auxerre, z przełomu IV i V w., ale o świętym legioniście o tym imieniu milczą.

Nawet jeśli takiego świętego w ogóle nie było, to nazwa ta musiała bardzo nie spodobać się władzom rewolucyjnym, które przemianowały miasteczko na Bellevue (prawda, że też ładnie?). W czasach napoleońskich stara nazwa wróciła, ale w duchu przemycania rewolucji pod płaszczykiem cesarstwa (albo odwrotnie), dokooptowano do niej człon Bellevue. Tak powstała funkcjonująca do dzisiaj hybryda Saint-Amour-Bellevue. Saint-Amour zostało wyodrębnione jako jedno z ostatnich cru Beaujolais, w 1946. Jego założyciele nie zaprzątali sobie jednak głowy owym „Bellevue”, zupełnie jakby przeczuwali, że może to być człon zbędny w mającej dopiero nadejść dobie walentynkowego konsumpcjonizmu.

O magii nazwy regionu świadczy także to, że w zeszłym roku powstał film drogi Benoîta Delépine’a i Gustave’a de Kervern, zatytułowany – a jakże! – „Saint Amour”. Oto ojciec (Gerard Depardieu) i syn (Benoit Poelvoorde) przyjeżdżają ze wsi na targi rolnicze do Paryża. Syn traktuje zawodowe obowiązki z mniejszą niż ojciec sumiennością i najwięcej czasu spędza przy stoiskach winiarzy. Ojciec, widząc co się dzieje, postanawia zabrać go na wycieczkę po winiarskich regionach… taksówką. Panowie razem z taksówkarzem przemierzają drogę z Paryża do Beaujolais, a w jednej ze scen pojawia się m.in. Michel Houellebecq, znany z sympatii do wina i odgrywania samego siebie.

Widziałem póki co tylko trailer, ale spodziewam się, że twórcy nadali filmowi taki a nie inny tytuł nie dlatego, że scenarzysta umieścił kluczową akcję właśnie Saint-Amour, ale dlatego, że któraś z rozgrywających się tam scen była sprytnym alibi dla sięgnięcia po chwytliwą, „miłosną” nazwę.

W Polsce póki co nikt chyba na Saint-Amour nie łowi klientów, ale na szczęście tamtejsze wina ma w swojej ofercie kilku importerów. Jednym z nich jest wrocławska Winnica na Solnym, w której trafiłem na Saint-Amour od Jean Curial et Fils (pisałem już o tym producencie przy okazji jego pouilly fuissé). Rocznik 2015 tego wina ma zmysłowy, perfumowany nos pełen fiołków, wiśni i jagód. Usta częstują fajną świeżością i zaskakująco wyraźną taniną. Zaskakującą, bo Saint-Amour uchodzi za cru, które daje wina zwiewne, delikatne, nie nadające się do starzenia.

Wino kosztuje 55 zł i byłby to zupełnie udany zakup nawet, gdyby na etykiecie nie było nazwy „Saint-Amour”. Ale trzeba przyznać, że dzięki tym dwóm wyrazom jest udany jeszcze bardziej.

Tagi: , , , ,