Uwodzicielska rioja z graciano


24/01/2015

Nie wszystko złoto, co się świeci – jak łatwo zapomnieć o tej zasadzie, kiedy etykieta mówi ci dokładnie to, co chcesz usłyszeć.

Rozglądasz się na lotnisku za czymś nowym, a tu ciągle te same etykiety, znane każdemu, kto poznał smak dłuższej przesiadki w Monachium, Frankfurcie albo Kopenhadze: Masi, Faustino, Frescobaldi, Masi… Ale nagle zerka na ciebie rioja. Nie zwykła rioja, ale zrobiona w 100% z graciano. Rzadkość! Rarytas! Do tego na etykiecie wdzięczy się słowo Varietales i informacja o tym, że wino pochodzi z linii, która ma przybliżyć konsumentom rdzenne odmiany Riojy. A poniżej podpis enologa, który czule wziął to wino w opiekę i złożył na nim swoje nazwisko, niczym gwarancję autentyczności. Tak zmienia się Hiszpania, myślisz, tak otwiera się na nowe trendy. To musi być wyjątkowe wino!

I pal licho, że jest tam też nazwa producenta –  Barón de Ley – którego wina są niemniej „lotniskowe” niż te od Masi i który stoi m.in. za El Coto de Rioja. Nabierasz wiary, że świat się zmienia, a gigant z Hiszpanii robi krok w stronę odnowy wizerunku. Chwytasz butelkę, płacisz i sterylnie zapakowaną w plastikową torebkę zabierasz do domu. Kiedy w końcu przychodzi do jej otwarcia, z grymasem skupienia na czole unosisz kieliszek do nosa i czujesz… tempranillo? A właściwie nie tempranillo tylko najbardziej stereotypowy aromat Riojy, całkowicie zdominowany przez amerykańską beczkę: porzeczka i zioła toną w waniliowym sosie.

Ale przecież graciano, enolog, lokalność… Szkopuł musi być w tym, że wino nie poodychało. Przelewasz je zatem do karafki i czekasz. Czekasz i czekasz. W międzyczasie szperasz informacje o tym winie, które okazuje się zbierać dobre noty w Hiszpanii i nie tylko. Natykasz się także na słowa enologa, Gonzala Rodrígueza, którego dotąd kojarzyłeś tylko z podpisu na etykiecie. Gonzalo Rodriguez okazuje się twórcą linii Varietales. Mówi, że ta linia to „postawienie na różnorodność” i na „działanie samej natury”, przy użyciu tylko beczek z odzysku, które mają umożliwić odmianom pokazanie swojego „charakteru” i „najbardziej naturalnej interpretacji”.

Baron de Ley GracianoUzbrojony w taką wiedzę próbujesz ponownie. Robisz ten sam grymas, ale aromat ani drgnie, a wino z trudem przechodzi przez gardło. Jest w nim dobra koncentracja, wyraźny garbnik, pikantność, wysoka jak na Rioję kwasowość, ale smak dębu nie słabnie. Na drugi dzień robisz kolejne podejście i coś się zmienia. Awersja maleje. W ustach pojawia się całkiem przyjemny smak wiśni. Doznania się spłaszczają, ale w dobrym sensie, bo wino w końcu jest pijalne. Ale mdłe aromaty dębu ciągle dominują. Zmiana jest wyraźna, ale nie na tyle, by dało się radę wypić to wino do końca.

Baron de Ley Varietales Graciano 2011 – tak nazywa się ta zaprzepaszczona szansa. Zaprzepaszczona, bo graciano to faktycznie szczep, któremu warto byłoby dać szansę powiedzenia parę słów od siebie. Od lat zyskuje w na znaczeniu w północnej Hiszpanii. Można go też spotkać na Sardynii, dawnej kolonii aragońskiej, pod nazwami bovale sardo i cagnulariW wersji mniej stłamszonej przybiera aromaty ciemnych owoców, pieprzu, goździków i kwiatów. Jego wyróżnikiem na riochańskim podwórku jest wysoka kwasowość i relatywnie niski alkohol. 

Jednak w winie Gonzala Rodrigueza dostajemy to wszystko ledwie zasygnalizowane. Mamy za to 15 miesięcy w beczce i stylistykę stereotypowego tempranillo. Jest w tym winie intensywność owocu, a nawet zakamuflowana świeżość, jest pewna obietnica, że gdyby wziąć się do sprawy inaczej, wyszłoby z tego coś fajnego. Ale jak tu sądzić wino za dobre chęci? Albo za podpis enologa na etykiecie?

Tagi: , ,