Niezapomniane momenty 2016 roku


31/12/2016

Żelaznym prawem winnej blogosfery jest to, że im dłużej piszesz o winie, tym więcej trafia ci się dobrych butelek, które nie pojawią się w twoich tekstach.

Mnie zdarzyło się w tym roku coś jeszcze bardziej karygodnego: odwiedziłem kilka niezwykłych miejsc w renomowanych regionach winiarskich, gdzie miałem okazję spróbować paru świetnych win, a mimo to nie pisnąłem o tym ani słowa. Nie dlatego, że zabrakło mi czasu. Raczej z nieznośnego przeświadczenia, że wyjątkowe przeżycia wymagają wyjątkowego tekstu. To, co udawało się napisać, nie zawsze spełniało to kryterium, więc ginęło gdzieś w mrokach blogowej poczekalni. Ale same zdarzenia nie pozwoliły o sobie zapomnieć i stanowią część kanonu moich najważniejszych winnych przeżyć tego roku.

Naliczyłem ich cztery:

1. Chłodne spotkanie ze Stefanem Winterem

Najważniejszy moment mojej podróży do Hesji Nadreńskiej. Do relacji z tej wizyty podchodziłem parokrotnie. Pisałem, skreślałem, przepisywałem od nowa. Za każdym razem krążyłem wokół paru motywów: nowoczesności, przezroczystości, ciszy, kryształu i mineralności. Być może już parę tych słów powie Wam coś o winach Stefana Wintera.stefan-winterTen uczeń i przyjaciel Philippa Wittmanna to dla mnie człowiek-symbol, poczynając od samego nazwiska. Emblemtatyczna jest jego ultranowoczesna, panoptyczna siedziba z drewna i stali, z toaletą, z której roztacza się widok na winnice. Emblematyczne jest połączenie jego niemieckiego opanowania, powściągliwości i ascetycznej mimiki z życzliwością. Emblematyczny jest wreszcie skrajny chłód i mineralność jego win. Można mieć wrażenie, że w jego rieslingach i weissburgunderach to nie owoc doprawiony jest terroir, ale terroir doprawiony jest szczątkowym owocem. Ich degustacja jest jak lekcja geologii, albo przechadzka po galerii sztuki konceptualnej. Na ich tle szczególnie spodobał mi się Pinot Noir Rosé 2015 o morelowo-poziomkowym aromacie i długich ustach, w których siłują się kamienna mineralność i głębia owocu.

winter-winesSekret niełatwego stylu Wintera ujawnił się, kiedy na stole pojawiły się sześcioletni riesling i pięcioletni silvaner, które pokazały jak świetnie tym winom robi upływ czasu. Pojawiają się w nich nurty herbaciane, kwiatowe i miodowe, na wierzch wychodzi też apetyczny owoc. Można się spodziewać, że jeszcze więcej radości będzie za parę lat z okrzyczanego rocznika 2015. Miejmy nadzieję, że do tego czasu wina Stefana pojawią się w Polsce.

weingut-winter2. Letnie popołudnie u Istvándy’ego.

Jeśli miałbym polecić tylko jedno jedyne miejsce do odwiedzenia nad Balatonem, byłaby to z pewnością posiadłość rodziny Istvándy. Są w Badacsony i okolicach miejsca z pięknym widokiem i niezłymi winami jak Laposa, jest klimatyczne Köveskál znane tylko wtajemniczonym. Ale to wszystko nic w porównaniu z restauracją i winiarnią na zboczu wzgórza Tóti, nieopodal Káptalantóti.istvandySpędzić tam na tarasie leniwe popołudnie, popijając szprycera, gapiąc się na krowy, Balaton i nasłuchując ciszy przerywanej dźwiękiem łyżeczek i półsłówek wymienianych przez taktownych gości – to kwintesencja nowego Badacsony.

istvandy-piknikbarOczkiem w głowie Istvándy’ego jest kéknyelű, z którego zrobione jest Kékderű 2015. Aromat jaśminu, żółtych owoców i żywa kwasowość spodobają się wszystkim fanom rieslinga. Nie ma tu głębi, ale wino daje w lecie sporo frajdy i to nie tylko sączone na miejscu.

istvandy-kekderu3. Pięć minut w AÉS

To miejsce polecił mi nieoceniony Michał Kiss, prowadzący blog NieWinne Podróże. Zakochałem się w nim (miejscu) od pierwszego wejścia na stronę (zobaczcie ją koniecznie). Co może być lepszego niż nocleg w samym środku pięknie ulokowanej winnicy na wzgórzu Almagyar pod Egerem, gdzie pojedyncze, małe bungalowy sąsiadują bezpośrednio ze starymi krzewami winorośli? Zarezerwowałem tam nocleg na długo przed tym, zanim na dobre ustaliłem plan wyjazdu na Węgry. Przez następne tygodnie sprawdzałem uważnie każdy szczegół, każdą zaplanowaną godzinę spotkań w winnicach i daty rezerwacji w hotelach. Wszystko oprócz daty wizyty w AÉS; ta wydawała mi się trwała i oczywista jak porządek wszechrzeczy. W końcu od niej zacząłem budować cały plan.

aes-campingNa miejscu dostaliśmy z żoną i dzieckiem najlepszy bungalow. Rozłożyliśmy się na łóżku, podnieśliśmy pilotem elektrycznie zamykane drzwi i chłonęliśmy widok na stare, ekologicznie uprawiane krzewy odmiany, której tożsamości dotąd nie ustalono. W tle prężyło się wzgórze Eged. Poczułem to, co czuł Clark Griswold, kiedy wiózł rodzinę do Europy. Trwało to jakieś pięć minut i było intensywne jak zieleń winnicy i błękit nieba. Nagle wdarł się w ten pejzaż właściciel kempingu, który pięć minut wcześniej dał mi klucze. Zapytał nieśmiało, czy na pewno mam rezerwację na ten dzień. Byłem w stanie ręczyć całym swoim majątkiem, nie wyłączając kolekcji win upchanych w bagażniku. Daty w jego kajeciku i, jak się okazało, także moim potwierdzeniu rezerwacji były jednak nieubłagane. Przyjechaliśmy tam o jeden dzień za późno. A to oznaczało, że cały kemping jest zarezerwowany, bo właśnie miało się tam odbyć wesele.

almagyar-viewMoże i brzmi to jak pech, ale jak mawiał Tomasz Mann, w życiu kochamy tylko to, co ma swój początek i koniec. W tym wypadku koniec przyszedł niespodziewanie szybko, ale i pozostawił w sercu uczucie tym bardziej gorące. Wylądowaliśmy ostatecznie w postsocjalistycznym hotelu w centrum Egeru, ale nie miałem o to żalu, bo te pięć minut spędzone tam, w górze, zabrałem ze sobą. Przed opuszczeniem AÉS spróbowałem jeszcze zrobione tam, organiczne AÉS Nagyapa Bora Egri Bikavér 2011 i, rozochocony jego soczystością i przyjemną prostotą, zabrałem jedną butelkę ze sobą.

aes-nagyapa-bora4. U Symingtonów

Po dwudniowym maratonie oglądania laserów, elektronicznych testerów i taśm produkcyjnych portugalskich fabryk korka, wizyta w piwnicach Symingtonów Vila Nova da Gaia, miała być deserem podniesionym do rangi dania głównego, słodkim zwieńczeniem mojej pierwszej z dwóch tegorocznych wypraw do Portugalii. I faktycznie tym właśnie była.

grahams-cellarFantastycznie było zobaczyć tę mekkę fanów porto, pogapić się na nieosiągalne butelki z XIX-wiecznych roczników i spróbować kilka nieco łatwej osiągalnych, młodszych win marki Graham’s.

grahams-vintage-portŚwietne wrażenie zrobiło na mnie 20-letnie tawny, Vintage 2007 i, przede wszystkim, Vintage 1983. Ale najmocniej utkwiło mi w głowie Quinta dos Malvedos 2001, o którym to winie wszystko napisał już Marcin Jagodziński.

Tak się zresztą złożyło, że z każdym z tych czterech miejsc kojarzę dzisiaj przede wszystkim wina bynajmniej nie wybitne, ale dobrze trafiające w nastrój chwili. Takie jak pyszne Rosé pite na rozgrzanym słońcem tarasie chłodnego Wintera, albo mało znany egri bikaver sączony powoli na tarasie z widokiem na niezapomniany bungalow na wzgórzu Almagyar.

Dużo takich dobrze trafionych, „kontekstowych” win życzę Wam w 2017 r.

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,