Franciacorta bez porównań


31/08/2016

Jest parę win, o których mówi się że są „prawie tak dobre jak…”. Najlepsze niemieckie spätburgundery są już prawie tak dobre jak wybitne burgundy, Taurasi dorównuje Barolo itd. Problem w tym, że to pretendowanie niekoniecznie jest takim zaszczytem, jak mogłoby się wydawać.

Sprzedawcy i sommelierzy znają to wyzwanie: jak sprzedać dobrego spätburgundera za sto parędziesiąt złotych, tłumacząc, że już, już, prawie jesteśmy w burgundzkimi niebie, że degustacje w ciemno, że krytycy, że globalne ocieplenie… Patrząc na ofertę niemieckich pinotów w Polsce, łatwo domyślić się, że jest to wyzwanie zbyt trudne. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale jest ich na naszych półkach mniej niż chorwackich plavaców malich czy greckich xynomavro.

Tymczasem marketing winnych regionów uwielbia posiłkować się porównaniami. Mamy np. Eger, który chciałby być drugą Burgundią, albo kalifornijskie Central Coast, które jest „następną Doliną Rodanu”. Jest też Franciacorta, która posługiwała się swego czasu sloganem „Jeśli byłaby z  Francji, nazywano by ją szampanem” i która nie przestaje być traktowana jako „prawie-szampan”, „vice-szampan” albo „jeszcze-nie-szampan-ale-już-już-niedaleko”. Problem w tym, że Franciacorta nie jest i najprawdopodobniej nigdy nie będzie drugą Szampanią. Przede wszystkim dlatego, że produkuje 100 razy mniej wina niż kolebka musiaków. Ale jest coś jeszcze.

Franciacorta nie ma do zaoferowania w połowie tak dobrej historii. Nie ma swojego Doma Pérignona,  swojego Leonardo di Caprio i setek darmowych (zazwyczaj) product placementów. „Smakujemy tak dobrze jak szampany” nie jest żadną historią. „Hej, robimy wina musujące metodą klasyczną z francuskich odmian!” Kto to kupi? To brzmi trochę jak echo zaklęć twórców supertoskanów. Franciacorta powstała w dużej mierze jego projekt marketingowy, wykalkulowany, wystudiowany. Wina okazały się fantastyczne, ale dużo bardziej wiarygodnie brzmi dzisiaj narracja twórców sektów czy cavy, mimo, że przeciętna franciacorta bije przeciętnego sekta i cavę na głowę. Ba, lepiej brzmi nawet narracja Prosecco, od początku nastawiona na bezpretensjonalność i autentyzm.

Pewnym światełkiem w tunelu może okazać się dla wizerunku Franciacorty stara, lombardzka odmiana erbamat, niegdyś typowa dla regionu Brescii. Niektórzy winiarze „potajemnie” nasadzają ją ponoć w swoich w winnicach. Miałaby w przyszłości przejąć pałeczkę najważniejszego białego szczepu regionu po chardonnay. Byłoby to faktycznie ciekawym sposobem na wzmocnienie tożsamości regionu – ma Prosecco swoją glerę, dlaczego Franciacorta nie miałaby mieć swojego erbamata? Do tego erbamat ma jeszcze tę zaletę, że jego wysoka kwasowość może być odpowiedzią na coraz wyższy poziom cukru w lombardzkich winnicach. Pierwsze próby 100-procentowych musujących erbamatów są podobno obiecujące.

Niektórzy przebąkują też o różnicy stylistycznej, której podkreślanie może wyjść Franciacorcie na dobre. Otóż z racji cieplejszego klimatu, tamtejsze  wina mają bardziej owocowy charakter niż szampany. O ile w najpopularniejszych kategoriach, takich jak brut, nie musi to być zaletą, o tyle w przypadku brut nature odrobina owocu jest na wagę złota. A to właśnie brut nature jest dynamicznie rosnącym segmentem.

Il Mosnel Franciacorta BrutW oczekiwaniu na erbamata skazani jesteśmy na franciacorty z pinot nero, chardonnay i pinot bianco. Tę ostatnią odmianę stosuje się coraz rzadziej, ale ciągle trzyma się mocno w takich emblematycznych winach jak Il Mosnel Franciacorta Brut (60% chardonnay, 30% pinot bianco, 10% pinot nero). Mosnel słynie zresztą ze swojej słabości to pinot bianco. Ich brut radzi sobie świetnie beż wycieczek stylistycznych w stronę szampanów. Nos wypełniają aromaty jabłka i migdałów, w tle pojawia się dymny akcent i nuta mineralna. Usta są gładkie, sycące i z porządną kwasowością. Owocowa miękkość nie przeszkadza w żaden sposób typowo włoskiej elegancji. To klasyk, produkowany od 30 lat i ciężko się doprawdy dziwić, że ciągle jest na niego popyt.

Do tego całkiem znośna jest jego cena. Szczególnie teraz, kiedy jest u Mielżyńskiego do dostania za niecałe 90 zł (promocja potrwa jeszcze ponad tydzień). Ciśnie się na usta, że jest to cena konkurencyjna, jeśli weźmie się pod uwagę ceny najbardziej rozpoznawalnych szampanów nad Wisłą, ale ugryzę się w język. Jest konkurencyjna jak na solidną, średnią półkę Franciacorty.

Wino dostałem od importera.

Tagi: , , , , , , ,

  • Z tymi Spatburgunderami to niestety prawda. My zwykle zmuszeni jesteśmy zaopatrywać się za Odrą. A to wielka szkoda, bo cenowo PN z Niemiec spokojnie konkurują z podstawowymi apelacjami Burgundii, a jednocześnie są w swojej grupie znacznie bardziej równe od tych wspomnianych Francuzów. A już droższe niemieckie PN (tak od 25 eur wzwyż) to już prawdziwa klasa.

    • Sławek Sochaj

      Zgadzam się. To chyba najbardziej niedoceniane wino spośród tych, które mamy pod nosem. Ale jeszcze nadejdzie moment, kiedy Biedronka wrzuci ofertę „Mistrzowie spatburgundera – od Ahr po Palatynat”…