Chianti po amerykańsku


10/04/2016

Co się stanie, kiedy Amerykanin, prezes globalnej firmy, przejmie posiadłość w sercu Chianti i na spółkę z niemieckim bankierem zacznie robić tam wina?

Duży, amerykański kapitał w jednym z najbardziej zasłużonych dla europejskiego winiarstwa regionów może oznaczać dwie rzeczy. Albo dolary mają tam robić dolary i to jak najszybciej, często kosztem kompromisu na rzecz stylu, który eufemistycznie nazywa się międzynarodowym. Albo bogaty Amerykanin, zakochany w Europie (I mean Europe is like… I mean… it’s just awesome) kupuje sobie winiarską zabawkę, przystań spokojnej starości, terapeutyczną odskocznię, czy jakkolwiek to nazwiemy.

Ten drugi przypadek dotyczy Franka Grace’a, CEO dużej firmy przeprowadzkowej i kolekcjonera sztuki. Ów Grace, jak wielu jego rodaków, szukał w latach dziewięćdziesiątych posiadłości, w której mógłby w spokoju spędzić emeryturę. Traf chciał, że natknął się na posiadłość Villa Castagnoli niedaleko Panzano, w samym środku drogi między Sieną a Florencją. W tym samym czasie poznał niemieckiego bankiera, Gerharda Hirmera. Panów połączyła pasja do sztuki i podobne spojrzenie na wino. Frank kupił posiadłość z dobrodziejstwem inwentarza, czyli 33 hektarami winorośli, a Gerharda uczynił jej menadżerem.

Jak się okazuje, z zabawki, która wpadła mu w ręce, zrobił bardzo dobry użytek. Po paru latach Il Molino di Grace dorobiło się całkiem niezłej renomy. Pomógł w tym doświadczony eneolog, Iacopo Morganti.

Iacopo odwiedził niedawno wrocławską Food Art Gallery (dwie czapki Gault & Millau z perspektywą na trzy). Jego wina sprowadzane przez Vini e Affini zostały poddane tam próbie czterech dań. Na stole wylądowali starzy znajomi sangiovese i dania, które na pierwszy rzut oka mogły się wydać egzotycznym dlań połączeniem.

Już podstawowe chianti classico pokazało klasę i potencjał gastronomiczny. Chianti Classico 2013 (79 zł) zaczyna w rejestrach wiśniowo-ziemistych, a kończy nutami suszonych owoców i niuansem fiołkowym. W ustach praktycznie bez tanin, za to z wyraźną kwasowością, która fajnie zagrała z tatarem wołowym z kruszonką ze szpiku kostnego. Nie byłem tylko przekonany co do pieprzu i ostrego smaku cebuli – na to temu chianti nie starczyło arsenału.

Więcej suszonych owoców, dojrzałych czereśni i koncentracji pojawia się w aromacie Chianti Classico Gran Selezione 2011. Wokół kategorii Gran Selezione narosło wiele kontrowersji. Jak tłumaczył Iacopo, idea jest taka, by ustanowić wysokie standardy niezależne od siedliska. Decyduje jakość owocu, oceniana co roku przez sędziów.

snails chianti

Ślimaki i chianti classico? Tak!

W tym wypadku sędziowie chyba nie zawiedli – faktycznie czuć niezły owoc. Czuć też beczkę, ba, czuć ją wyraźnie, ale płynie wyraźnie z prądem wina, a nie wbrew niemu. Gdyby ktoś powiedział mi, że mocno beczkowym chianti classico będę popijał ślimaki, a do tego popijał z ochotą, nie uwierzyłbym. To zdecydowanie najciekawsze połączenie tego wieczoru. Anglicy mają przydatne określenie „gamey”, które wyraża głębię i intensywność smakową mięs, głównie dziczyzny. Ale “gamey” potrafią być też ślimaki i wtedy okazują się ciekawym kompanem dla sangiovese (wyobrażam sobie, że dla pinota też). Risotto z kaszy pęczak z pietruszką, z którym je podano, miało w sobie odrobinę kwasowości, która dodatkowo dobrze spinała się z winem.

Il Morgone Chianti ClassicoCiekawe było porównanie „riserv” z dwóch różnych roczników. Chianti Classico Riserva 2009 (119 zł) kusi aromatami ściółki i grzybów. Ładnie trzyma się kwasowość, tanina jest wygładzona, ale ciągle wyraźna. Chianti Classico Riserva „Margone” 2007 (169 zł) jest bardziej hedonistyczne, ze słodszym owocem, ale i bardziej wyczuwalną beczką. Ma w sobie dużo klasy, ale solo i ze stekiem T-bone, czerwoną kapustą, puree ziemniaczanym i pieczoną marchwią bardziej smakowała mi młodsza i świeższa riserva tout court. Nawiasem mówiąc, Iacopo uznał wyższość steków robionych w Polsce nad tymi z Toskanii, co w ustach Włocha zabrzmiało jak potrójny komplement.

Molino di Grace Riserva 2009Na koniec pojawił się na stole supertoskan, ale dość nietypowy, bo stworzony w 100% z sangiovese. Gratius 2008 (199 zł) okazał się grać w zupełnie inne lidze. Czereśnie, owoce lasu, tytoń i mineralność spotykają się w rozłożystym, gęstym, ale niepozbawionym energii winie. Podano je z deską serów, z których najlepiej wypadły te twarde. Kosztuje 30 zł więcej niż “Margone”, a jest od niego dużo ciekawsze.

GratiusGratius i podstawowe chianti classico – bardzo na tak, jedzenie w Food Art Gallery – jak zwykle świetne, a ślimaki mają nowego przyjaciela – tak powinno chyba wyglądać rzeczowe podsumowanie w duchu amerykańskiego elevator pitch.

Degustowałem na zaproszenie importera.

Tagi: , , , ,