Zakupowa myśl taktyczna burgundopijców


13/02/2017

Kiedy mowa o Burgundii, prędzej czy później pojawia się temat pieniędzy. Ceny burgundów rosną jak na drożdżach, skłaniając ich fanów do ekonomicznych kalkulacji i szukania nowych rozwiązań.

Skrajną formą przystosowania się do nowej rzeczywistości jest porzucenie Burgundii na rzecz nieco tańszych alternatyw. Jeśli godną konkurencję da się dzisiaj znaleźć w winach z Nowej Zelandii, Australii czy Niemiec, po co przepłacać? Na pierwszy rzut oka wydaje się to rozwiązaniem dość logicznym. Nie wolno jednak zapominać, że w przypadku Burgundii w grę wchodzą często motywacje z logiką nie mające wiele wspólnego.

Drugą strategią jest szukanie dobrego stosunku jakości do ceny w samej Burgundii. Tu w sukurs przychodzą niektórzy dziennikarze piszący o tym regionie, którym przyszło w ostatnich latach przebranżowić się na tropicieli apelacji, gdzie da się jeszcze znaleźć bardzo dobre burgundy za rozsądną cenę. Ci dzielą się z grubsza na tych, którzy przeczesują Côte d’Or (np. Marsannay, Fixin, Pernand-Vergelesses, Saint-Aubin, czy Santanay) i tych, którzy eksplorują już tylko pozostałe części Burgundii. Wymarzonym miejscem dla tych drugich jest Côte Chalonnaise, a szczególnie Givry i Rully. Nie znaczy to oczywiście, że nie dotarła tam gorączka cenowa – najlepsi producenci tych apelacji też się cenią – ale na szczęście da się tam znaleźć nowych, których wina muszą startować z niższego pułapu cenowego.

Jednym z nich jest 36-letni David Lefort, nowa twarz w Rully. Nie pochodzi z rodziny winiarskiej, a studia enologiczne rozpoczął dopiero jako absolwent filozofii na Sorbonie. W 2010 r. kupił dwie niewielkie działki w Mercurey, a dwa lata później – kolejne skrawki ziemi w Rully. Łącznie uzbierało się tego 5 hektarów, na których stare i nowo nasadzone krzewy uprawiane są organicznie. Lefort stroni od beczki, a na swoich winach umieszcza pisane greką słowa-klucze filozofii antycznej.

Lefort Rully 2014Ceny jego win są najwyraźniej bardzo okazyjne, jeśli jego Lefort Rully Les Cailloux 2014, które wygrało w ubiegłym roku panel pinotów Magazynu Wino, kosztuje zaledwie 98 zł u importera, który nie słynie z najtańszych win (Winotake). Fani bardziej budżetowych win wybaczą mi, mam nadzieję, to „zaledwie”, ale rzeczywiście burgund tej klasy poniżej stówki to okazja.

Częstuje aromatami czerwonej porzeczki, jagód, mokrych liści i dzikiej róży. Usta są pisane cienkim piórkiem, a jednocześnie pełne treści, złożone, długie i mineralne. Sporo tu doznań jak na tę cenę i nie tak dużo kwasowości, która bywa barierą nie do przejścia dla początkujących burgundopijców.

Ciężko powiedzieć, czy takie wino posmakowałoby amatorom ostatniej strategii, o której chciałem wspomnieć. Ta zakłada picie drożejących Gevrey-Chambertin, Chambolle Musigny i spółki, jak gdyby nic się nie zmieniło, na przekór wszystkiemu: stanowi konta, pretensjom małżonków i podejrzeniom o szaleństwo. W grę wchodzi tu pewne ekscentryczne przekonanie, że nie ma innego wyjścia jak tylko wziąć na swoje barki część globalnej aprecjacji burgundów. Jest tu coś z heroizmu, który jest warunkiem wstępu do elitarnego klubu. Można domyślać się nawet, że są tacy, którzy wzrost cen witają z pewną satysfakcją, bo wystawia ich heroizm na cięższą próbę i tym mocniej pieczętuje ich przynależność do klubu. Za to, kiedy słyszą o poszukiwaniach tańszych alternatyw w Martinborough, Palatynacie, albo nawet u żółtodzioba z Rully, nie mogą powstrzymać się od ironicznego uśmiechu.

Źródło wina: zakup własny

Tagi: , , , , , ,