Czarne, czarne negroamaro


14/08/2016

Każde dziecko wie, że Grecy skolonizowali tysiące lat temu południową Italię. Ale nie każdy ma świadomość, że z tamtych czasów przetrwały do dzisiaj nie tylko ruiny Paestum i prawo Pitagorasa, ale i najprawdziwsi Grecy.

Tak przynajmniej chce jedna z hipotez dotycząca pochodzenia Italogreków, którzy żyją dziś w dwóch oddalonych od siebie enklawach – na czubie włoskiego buta (w Kalabrii) i na obcasie (w Salento). Łącznie jest ich już zaledwie 20 tys., ale żywotność ich kultury i języka na przestrzeni ostatnich stuleci (a może i tysiącleci) wydaje się fascynująca. Posługują się językiem griko, który zawiera w sobie elementy dialektu doryckiego. Stąd przypuszczenie, że pojawili się w Mezzogiorno jeszcze za czasów Magna Graecia.

Druga hipoteza głosi, że są to potomkowie Greków przybyłych tam w średniowieczu i po upadku Konstantynopola. Ta nie jest już tak fascynująca, ale może prawda, jak to czasem bywa, leży okrakiem na pozornie przeciwległych biegunach i antyczna społeczność Italogreków najzwyczajniej asymilowała kolejne fale przybyszów z Grecji. Tak czy siak, griko w średniowieczu rozbrzmiewało w Apulii i Kalabrii na równi z włoskim, tworząc ciężki do wyobrażenia sobie dzisiaj miks. Do naszych czasów pozostała po nim garstka gównie starszych ludzi, którzy gdzieś w małych domkach górskich wiosek Salento, widząc w telewizji Berlusconiego, przeklinają po grecku.

Nic dziwnego, że są tacy, którzy w najważniejszej odmianie półwyspu – negroamaro – chcieliby widzieć pozostałość po greckich kolonizatorach, najlepiej pochodzącą ze starożytnej Grecji.

Istotnie, jest to jedna z najstarszych europejskich odmian, wspominana już w VII w., ale naukowo nijak nie da się wykazać jej greckich źródeł. Badania DNA nie pozostawiają złudzeń – w dzisiejszej Grecji nie ma żądnej odmiany, której kod genetyczny przypominałby naczelną odmianę Apulii. Podobnie rzecz ma się zresztą z fiano, greco i innymi gwiazdami Kampanii, w których rzekomo greckie korzenie mało kto jeszcze wierzy.

Co innego nazwa. Tu nie ma już pewności, że Grecy nie maczali w niej palców. Na pozór wszystko jest proste: negro to w łacinie czarny, a amaro – gorzki po włosku. Rozwiązanie nasuwa się samo. Ale! Jest też hipoteza, która głosi, że druga część nazwy pochodzi od mavro, co po grecku oznacza… czarny. Zamiast włoskiego czarno-gorzkiego, mielibyśmy w tym drugim przypadku kosmpolitycznego czarnego-czarnego. Autorom Wine Grapes to drugie rozwiązanie wydaje się mało logiczne, ale kto powiedział, że nazewnictwem odmian rządziła przed wiekami logika.

Zagadałem się tu, a w kieliszku czeka negroamaro zmieszane z malvasia nera (jakby za mało było czerni), czyli typowy kupaż Salice Salentino. Cantine Ionis Romice Salice Salentino 2013 (39 zł) dotarło do mnie w przesyłce od importera Słoneczna Winnica. Pachnie wiśniami, jagodami, nutami ziemistymi i suszonymi liśćmi. W ustach brak śladu beczki, dostajemy za to niezłą koncentrację, rustykalną surowość, umiarkowaną kwasowość, odrobinę mineralności i pokojowo nastawiony garbnik.

Kolor tego wina jest tak głęboko atramentowy, że człowiek chętnie powtórzyłby „czarny” nie dwa, tylko trzy razy. Ciekawe, swoją drogą, jak to możliwe, że na południu Włoch zachowała się greka, a nie zachował ani jeden grecki szczep. Primitivo przybyło z Chorwacji, by później stać się zinfandelem za oceanem, a negroamaro, jego sąsiad z apulijskiego podwórka, miałoby po prostu siedzieć przez cały ten czas w miejscu? Wierzyć się nie chce.

Tagi: , , , , ,