10 zasad mojego blogowania


9/06/2016

W ostatnią sobotę winiarscy blogerzy po raz trzeci spotkali się w Warszawie pod auspicjami Winicjatywy. O świetnej atmosferze, organizacji i udanej integracji napisało już wielu. Ja napiszę o czymś innym.

W ciepłych słowach o III Zlocie Winicjatywy pisali już m.in. Blurppp, zapiski z pustyniWine Trip Into Your SoulVinicultureNasz Świat WinNieWinne PodróżeNoż i widelecWinne przygodyWinniczek i Z winem do kina. Podpisuję się pod tymi pochwałami obydwiema rękoma.

O największym hicie zlotu przyjdzie mi jeszcze napisać (uprzedzam, że temat wart jest książki, a nie tekstu na blogu). Teraz zaś dorzucę swoje trzy grosze do dyskusji o standardach (albo ich braku) w winnej blogosferze. Zamiast jednak zgadzać się, bądź nie zgadzać z głosami, które pojawiły się wcześniej, przytoczę po prostu 10 zasad, jakimi sam kieruję się przy pisaniu Enoeno. Skłamałbym, gdybym powiedział, że stosuję się do nich zawsze, ale ich wielką zaletą jest to, że nikt mi ich nie podsunął, ani nie podyktował. Nie wyczytałem ich też w żadnym poradniku dla blogerów. Gromadziły się od dłuższego czasu w mojej głowie i, mam nadzieję, miały wpływ na to, co tutaj znajdujecie.

1. Pisz ciekawie. Właściwie ta jedna zasada mogłaby wystarczyć za wszystkie pozostałe. Przez „ciekawe” rozumiem takie pisanie, które sprawia, że czytelnik ma ochotę po skończeniu jednego wpisu odpalić kolejny. Ważna jest oczywiście wiedza, ważne jest wino, o którym piszę, ale przede wszystkim – przyjemność czytania. Dlatego po napisaniu wpisu warto go sobie parokrotnie przeczytać, wczuć się w skórę czytelnika i spróbować zapomnieć o sobie. Dlatego też ważne jest, by wprowadzić do niego winne konteksty i historie. Kiedy w tekście o winie jest za dużo wina, staje się ciężkostrawny, tak jak ciężkostrawne jest wino z przesadnym ekstraktem.

2. Nie pisz, jeśli nie masz nic ciekawego do powiedzenia. To niby to samo, co zasada pierwsza, ale w praktyce oznacza coś innego. Nie ma nic gorszego niż wypuszczanie tekstu, który jest wymuszony i sklecony, bo tak trzeba, bo już czas. W każdym pisarstwie (może poza social media) milczenie jest o niebo lepsze niż otwieranie ust niepotrzebnie. Jeden słaby tekst może zrazić czytelnika na długo. Żeby go odzyskać, może nie wystarczyć piętnaście bardzo dobrych wpisów. Zasada o koszu na śmieci jako najlepszym przyjacielu pisarza stosuje się też w blogowaniu.

3. Rozpieszczaj czytelnika. Nie mylić z „przymilaj się do czytelnika”. Nie chodzi o schlebianie gustom kogokolwiek, ale dawanie z siebie wszystkiego, co najlepsze. Każdy średnio rozgarnięty czytelnik z łatwością rozpozna zaangażowanie i pasję. A jeśli ta pasja i zaangażowanie będą dodatkowo ładnie opakowane w lekki styl i ładne zdjęcia, ludzie będą wchodzić na twojego bloga nie tylko dlatego, że potrzebują jakiejś informacji, ale też po to, by doznać krótkiej przyjemności. To właśnie nazywam rozpieszczaniem.

4. Nie pisz o winie tylko dlatego, że go spróbowałeś. Powiedzmy sobie szczerze: mało kogo obchodzi to, że bloger X spróbował mało ciekawe wino Y, a nawet to, że mu to wino smakowało. Więcej: mało kogo obchodzi to, że bloger X spróbował wybitne wino Z, jeśli recenzja będzie składała się tylko z wrażeń podmiotu degustującego. Albo wino musi sobą opowiadać historię, albo trzeba się nagimnastykować, żeby ją z niego wycisnąć. Można pisać wiersze o łyżce cedzakowej. Ale jeśli nie jest się dobrym poetą, lepiej sobie odpuścić.

5. Don’t let the news kill a good story. Zaraz po jakiejś degustacji, albo spróbowaniu butelki pojawia się pokusa, by napisać o tym jak najszybciej. To w pewnym sensie naturalne: każdy bloger chce zrecenzować coś, zanim zrobią to inni. Ale z takich pośpiesznych relacji nie zawsze wychodzi coś dobrego. Mamy ten komfort, że piszemy o winie, a nie polityce, lub serialach i naszych czytelników mało interesuje, czy wypiliśmy coś wczoraj, czy miesiąc temu. Zamiast się spieszyć, dużo lepiej stosować się do zasady nr 6.

6. Daj tekstom pooddychać. Ta zasada stosuje się w każdym rodzaju pisania, ale mało newsowy charakter pisania o winie sprawia, że wybitnie sprawdza się w naszej działce. Czas, przez jaki wpis powinien dojrzewać przed podaniem go czytelnikowi, może się dłużyć. Na drugi, a nawet trzeci dzień po napisaniu, w tekście zawsze znajdzie się literówki, niezręczności językowe. Warto wykorzystać ten czas na wygładzanie, cyzelowanie, dopieszczanie i -przede wszystkim – skreślanie.

7. Inwestuj głównie w treść. Praktycznie cały wysiłek blogowania powinien iść w tworzenie ciekawych treści, a nie ich promocję. Dobra treść obroni się sama. Jeśli masz dylemat: kupić ciekawe wino czy wpompować kasę w reklamę na Facebooku, wybierz to pierwsze. Jeśli myślisz o dobrym obiektywie, albo zafundowaniu sobie wycieczki do winnicy, zrób to. Co by nie myśleli inni, blogowanie o winie to przede wszystkim wydatki. Dlatego staraj się je dobrze lokować. „Dobrze” znaczy przede wszystkim dobrze dla czytelników, a nie dla twojego ego.

8. Zapomnij o słupkach. Wszyscy patrzymy w statystki. Byłoby dziwne, gdybyśmy nie zawracali sobie nimi głowy. Ale tak, jak powiedziała Magdalena Tomaszewska-Bolałek z Kuchniokracji, marka jest dużo ważniejsza niż zasięg. Mówiąc brutalnie: popularny bloger, za którym ciągnie się zła reputacja, najprawdopodobniej nigdy nie stworzy dobrej marki. Niepopularny bloger, który stara się pracować nad swoją marką, ma przynajmniej otwartą furtkę. Ktoś powie, że dzisiaj granice między zasięgiem a reputacją się zamazuje, ale z jakiegoś powodu na trwały fejm (liczony np. w wydanych książkach) zasługują tylko ci, którzy dbają o swoją markę.

9. Mądrze współpracuj z importerami. Winiarski blog nigdy nie opuści wieku niemowlęcego, jeśli pozwoli sobie narzucić paternalistyczny model relacji, w której to importer rozdaje karty. W innych znanych mi blogosferach (np. technologicznej) nie do pomyślenia jest, by znany bloger zabiegał u producenta o współpracę. To producent zabiega o to i nierzadko dostaje kosza. Oczywiście blogosferę winiarską dzielą od blogosfery technologicznej lata świetlne i miliony czytelników, ale jeśli już dzisiaj nie narzuci sobie odpowiednich standardów, skaże się na wieczny stan upupienia. Na szczęście można tu liczyć nie tylko na samych blogerów, ale także na poważnych importerów, którzy już dawno zrozumieli, że symetryczna, oparta na wzajemnych szacunku współpraca z blogerem popłaca bardziej niż ironiczne uśmieszki i docinki.

10. Czytaj. Bez czytania nie ma dobrego pisania. To właściwie konieczność niezależnie od tego, czy się jest blogerem, czy nie. W przypadku Kowalskiego jednak brak oczytania pozostaje tylko wstydliwym sekretem, w przypadku blogera zaś – kłującym w oczy problemem. Wiadomo, jak ciężko wygospodarować pół godziny w ciągu dnia na lekturę, ale prędzej odłóż wpis niż dobrą książkę. Oprócz takich oczywistości jak rozwijanie wyobraźni i stylu, książki  i dobra prasa mają tę zaletę, że w trakcie ich czytania do głowy wpadają najlepsze pomysły. Ważne są oczywiście książki o winie, które rozwijają kompetencje, ale każdy rodzaj dobrej literatury przełoży się na jakość winiarskich tekstów.

Ważna uwaga: nie ma w tych zasadach grama zakamuflowanych zakusów dydaktycznych, ani pretensji do uniwersalności. Jest za to trochę doświadczenia, które uczy, że zasady nie tylko przydają się do trzymania poziomu, ale są także niezbędne, by w blogowaniu pojawił się prawdziwy fun. Trochę jak w piłce: nie ma frajdy z bramki strzelonej ręką, albo z pięciometrowego spalonego.

Tagi: , , ,

  • Sławku
    Mądry i ważny tekst, ale mnie w nim brakło jednego ważnego elementu, brakło mi w nim emocji. Ale to chyba wynika z temperamentu blogera i z tego co ma być na górze, wiadomość, wiedza czy właśnie emocja.
    Ale to jest temat na rozmowę o stylu blogowania.

    • Sławek Sochaj

      Masz rację. Emocje dobrze robią pisaniu o winie i masz pewnie rację, że to kwestia temperamentu. Może dlatego u mnie nie mieszczą się w pierwszej dziesiątce.

      • Bo każdy bloger jest inny, u mnie emocja jest na górze, u ciebie głęboko pod skórą

        • Może głęboko pod skórą, ale natychmiast wyczuwalna — ja wpisy Sławka czytam zawsze z zapartym tchem i to nie tylko dlatego, że ma świetne pióro i opowiada fajne historie, ale też właśnie dla tych emocji, które do mnie trafiają. EnoEno nie czytam jak „przekąski” dla intelektu przy kawie, bo to kawa spada na drugi plan przy lekturze.

          Również dzięki za ten wpis, daje do myślenia! No i przy okazji rzuca trochę światła na to, jak to się dzieje, że EnoEno tak dobrze się czyta.

  • ac

    Zabrakło jeszcze jednego punktu. W przeciwieństwie do wielu (łącznie z zajmującymi się pisaniem zawodowo) ma Pan świetny styl. Używa Pan ładnej, eleganckiej polszczyzny, co nie jest znowu takie oczywiste. To był jeden z głównych powodów, dla którego zacząłem śledzić Pana blog. Pozdrawiam i czekam na kolejny tekst.

    • Sławek Sochaj

      Dziękuję! Muszę jednak dodać, że jako PR-owiec zajmuję się pisaniem zawodowo.

  • Świetny post, konieczna lektura dla każdego blogera (nie tylko winnego zresztą). Mój styl ewoluował (i ciągle ewoluuje) właśnie w tę stronę. Problem jaki mam, to brak jakichkolwiek opinii innych blogerów – bez konkretnych uwag i wskazówek ciężko jest zmieniać się na lepsze.

    • Sławek Sochaj

      Dzięki. Ode mnie – niezmiennie szacunek za to, co robisz i jak to robisz. Na miejscu nowozelandzkiej dyplomacji, jeśli jeszcze tego nie zrobiła, stworzyłbym dla Ciebie specjalne stanowisko. Jeden pomysł ode mnie to coroczny raport, jaki mógłbyś przygotowywać o nowozelandzkim winie – jak się udał rocznik, na jakich producentów warto zwrócić uwagę, czy są w Polsce, czy będą, jakie nowe szczepy itd.

      • Nowozelandzka dyplomacja i stanowisko? Haha, dobre! 😀
        O takim raporcie już myślałem, już szykowałem, ale zwykle w połowie pracy dochodziłem do wniosku, że już są 2-3 miesiące po zbiorach, więc nie będzie to nic świeżego. Ale może warto wrócić do tego 🙂
        Dzięki!